czwartek, 9 maja 2013

Tracąc rozum

Fundacja Wemenders zamieściła dziś cytat:

„Starałam się unikać słowa 'obłęd' w odniesieniu do mojego stanu. Wymyka mi się od czasu do czasu, choć go nienawidzę. Obłęd nie jest właściwym określeniem na to, co dzieje się w umysłach ludzi, którzy tracą rozum. Jest zbyt ekscytujące, zbyt literackie, zbyt interesujące w swoich konotacjach, by oddać nudę, powolność, posępność, przygnębienie, te wszystkie atrybuty depresji”. 
Elizabeth Wurtzel - "Kraina prozaca"

Określenie "tracić rozum" przykuło moją uwagę bardziej niż "obłęd". Depresja to nie obłęd, to utrata rozumu. Dosłowna w swojej totalności. 

Nie rozumiem własnych recenzji i innych tekstów sprzed kilku lat. Nie umiem czytać ze zrozumieniem. Z 50 książek miesięcznie (z których większość to była literatura wartościowa, a nie czytadła) zeszłam do 3-5 żenujących czytadeł najniższego sortu (ostatnio 3 tomy "Greya" to już naprawdę dno dna, w dodatku wysłuchane, bo czytać nie jestem w stanie), a czasami do zera. Brak koncentracji, brak myślenia. Każde zdanie czytane kilkakrotnie, a i tak zapomniane minutę później. Nie rozumiem poszczególnych słów, które kiedyś były normą w moim słowniku. 

Mogę siedzieć przed pustą stroną godzinami i nie napisać ani słowa.

Moja redakcja teraz zamiast 2 tygodni zajmuje 2 miesiące i nie jestem z niej zadowolona (w przeciwieństwie do autorów, którzy - nie wiedzieć czemu - wciąż mają do mnie i zaufanie, i cierpliwość (i to jest tak cholernie ważne, kiedy się sobie wydaję kompletnie nieużyteczna i nienadająca się już do niczego, nawet do tego, co lubię i umiałam robić doskonale kiedyś). To boli, kiedy muszę odmawiać, bo wiem, że nie jestem w stanie. Nie jestem w stanie wysiedzieć przy kompie paru minut bez przerwy, a każda przerwa wybija z rytmu pracy. Zanim wdrożę się na nowo, nadchodzi czas kolejnej przerwy. To dlatego nie będę już mogła robić tłumaczeń. Praca umysłowa z depresją, brain fog i chronic fatigue, z bólem WSZYSTKIEGO, akomodacją odmawiającą współpracy, palcami niechcącymi klepać po klawiaturze (nie mam klawiatury ergonomicznej dla ON, kosztuje 3000zł) - to brak pracy. Brak pracy to brak pieniędzy na leczenie, które tę pracę być może umożliwi(łoby).

Czy kiedyś zrozumiem, o czym rozmawiałam w wywiadzie z Krzysztofem Rutkowskim? Czy kiedyś skończymy ten wywiad, który miał być wywiadem-rzeką?

~~~~
To tylko fragment wywiadu z Krzysztofem, całość ma ok. 18 stron, a miała być książką. Będzie?

10 IV 2007

DG" Jest Quignard i jego „Scribo: taciturio”. Jest Proust z jego życiopisaniem przypominającym strumień świadomości. Stendhal i Kierkegaard z ich pseudonimią, wieczną ucieczką będącą tak naprawdę otwartością, a nie skrywaniem się, zamazywaniem, zaciemnianiem. Cioran, dla którego pisanie i czytanie to dwie formy tego samego, czyli występek, którego dowodem jest tekst. Levinas, według którego pisanie to wyzucie się z tego, co najbardziej własne, i oddanie się na żer innym ludziom. I wielu innych... Oni wszyscy w jakiś sposób są Ci bliscy. Jaka jest Twoja filozofia słowa?

            KR: Słowo, mowa każdego z nas poprzedza, czyha na nas, podobnie jak imię. Przychodzimy na świat, a raczej wychodzimy na świat wygnani z naszego pierwszego domostwa – krzycząc. Z krzykiem, z płaczem opuszczamy bramy raju. Ten krzyk nie jest naszym własnym głosem, tylko syreną alarmową, oznaką rozpaczy z powodu utraty jedności, przerwania organicznego związku z organizmem, w którym rozwijaliśmy się bezpiecznie. Krzyk noworodka jest rozdzierający i rozpaczliwy, bo jest krzykiem tuż po narodzinach, czyli w chwili śmierci, pierwszej śmierci. Bliźni wokół, przede wszystkim matka, ale też i inni bliscy bliźni – dość niezrozumiale – się radują, śmieją się, bardzo szczęśliwi z nieszczęścia krzyczącego noworodka. Częstują go najpierw zastawionym na niego imieniem i zaraz potem nowonarodzony uczy się czegoś, czego nie nauczy się do końca swego życia na ziemi, ale też nie ma sposobu, żeby się nie zaczał tego uczyć, ponieważ to, czego się uczy jest warunkiem możliwości jego życia w świecie, w który został wypchnięty – on, ona (ono) zaczyna się uczyć mówić.
            Samo istnienie mowy ludzkiej świadczy o tym, że ludzie nie są u siebie i nie jest im w świecie wygodnie. Ludzie próbują jakoś „się“ w świecie ustawić, jakoś „się“ przyłożyć, wygładzają kanty, sprawiają sobie przyjemności, zapominają o kłopotach, ale nie są u siebie. U siebie już byli, ale zostali z „u siebie“ wypchnięci, więc nie będąc u siebie, muszą nauczyć się mówić. Ta nauka jest cielesna, słowo związane jest z ciałem najbardziej dosłownie i najbardziej organicznie, bo ciało matki uczy dziecko mówienia. Matka uczy dziecka mówić całym ciałem, całą swą osobą, ustami, oczyma, uśmiechem, itd. Dziecko też się uczy mówić całym ciałkiem i całym ciałkiem przez pewien czas mówi.
            Dlaczego matka uczy mówić dziecko, które musi się nauczyć mówić, żeby jakoś się w świecie umościć? Bo trzeba jakoś zapełnić, opatrzeć, brak wywołany rozdzieleniem, bo trzeba jakoś wyrazić trwogę, że się nie jest u siebie i szybko u siebie nie będzie, a może już nigdy nie będzie się u siebie i trzeba jeszcze jakoś dać wyraz wyraz radościom i uniesieniom, które – w tym świecie – ludziom się przydarzają, każdemu człowiekowi się przydarzają, bo każdy człowiek wyzwany jest do miłowania, zaproszony jest do miłości, posiada wielką szansę, której nie powienien raczej marnować, dzięki miłowaniu trwoga przestaje być zatrważająca, a utratę jedności przestaje „się“ odczuwać jako stratę niepowetowaną. A zatem do wyrażania trwogi, czyli do życia, potrzebne jest mówienie.
            Czy istnieje język? Nie, język nie istnieje, a raczej istnieje tylko w takim stopniu jak system sefirot w kabale: jako abstrakcyjna struktura, bardzo precyzyjna, nieuchronna, ale idealna. Istnieją tylko wypowiedzi, to znaczy mowa.
            Czym jest wypowiedź? Każda wypowiedź jest odpowiedzią, jest zawsze odzewem na czyjąś in-wokację. Na czyjeś zagadnięcie, na czyjeś zapytanie. Każda wypowiedź jest odpowiedzią postawioną na niezadane jeszcze pytanie, bo zawsze zanurzamy się w mówienie już istniejące. W nieskończony ocean wypowiedzi wypowiedzianych, akwen pytań jeszcze nie zadanych i odpowiadzi już udzielonych. Mowa, słowo jest zawsze przed nami.
            Nie uczymy się języka (języków), uczymy się mówić językiem (językami). To zasadnicza różnica. Mowa, której uczymy się całe życie zawsze nas poprzedza i zawsze nas wyprzedza. Żeby coś powiedzieć, musimy – nawet kiedy już wydaje się nam, żę już nauczyliśmy się mówić – dokonać wielkiego wysiłku, zdobyć się na wyczyn: dokonać niemalże cudu: musimy zbudować wypowiedź z materiału nieistniejącego (z języka) i napełnić ją pragnieniem sensu, intencją znaczenia, czyli chęcia powiedzenia czegoś do rzeczy. Oczywiście ogromną masę wypowiadanych wypowiedzi nie wypełnia pragnienie sensu, nie są one właściwie wypowiedziami lecz „gadaniną“, ale „gadanina“ zaspakaja w zasadzie potrzeby mówiących na całym świecie. Wystacza im jako „środek komunikacji“.
            Słowo mówione, wypowiedź, jest zatem pierwotnym i dramatycznym świadectwem naszego istnienia w świecie. Naszego istnienie nie „u siebie“. Tajemniczy i słynny stodziewiętnasty fragment Heraklita brzmi:ethos antropo daimon. Najczęściej tłumaczy się go jako:"osobowość człowieka to jego demon" Ethos wskazywał początkowo na to, co własne, przynależne danej osobie, w sensie: "zwyczajowego umiejscowienia", "przyzwyczajenia do", a nawet "bycia u siebie". Ethos to, w pewnym sensie: "bycie u siebie" czyli "dobre bycie“, inaczej: "bycie nie byle-jakie".
            Z kolei słowo daimon nie oznaczało ani boga, ani demona, ani tym bardziej decydującego o przeznaczeniu geniusza. Zgodnie z etymologią, odsyłającą do czasownika daiomai: "rozdzieram, dzielę", daimon znaczyłby: "ten, kto rozdziera i dzieli". U Ajschylosa w "Agamemnonie" daimon to "rozdzieracz serca": kardiodekton. Daimon rozprowający serca siedzi sztywno jak bestia na trupie Agamemnona (Ag., 1472-1473), niczym zmora na omglałej dziewczynie z obrazu Füssly'ego. Daimon tylko jako dzielący, rodzierający, może również być tym, kto wyznacza i przeznacza, ponieważ daiomai najpierw znaczy "dzielę", a potem "wyznaczam". Podobna ewolucja  spotkała słowo wywodzące się z tego samego korzenia: demos: "lud", który na początku znaczył "podział terytorium", "część przeznaczoną dla..."
            A zatem słynny fragment Heraklita, zgodnie z semantyką historyczną, należy oddawać następująco: Ethos, przebywanie w „się“, najbardziej człowiekowi właściwe i zwyczajne, czyli "bycie u siebie" jest tym, co go rozdziera, rozrywa, przepoławia i dzieli: ethos jest zasadą i miejscem powstawania sprzeczności. Bycie człowieka polega na tym, że aby być sobą, człowiek musi koniecznie  ujawnić w sobie przeciwności".
            A zatem: ethos antropo daimon można tłumaczyć tak: rozdarte bycie jest człowieka, jako: bycie ludzkie jest rozdarte, lub jako:bycie człowieka rozdarcie demon-struje, lub jako: demon-stracją bycie jest człowieka aż stanie na początku i nie skosztuje śmierci.
            Słowo, mowa jest „etosem“ człowieka, sposobem jego zakorzenienia w świecie, a raczej słowo jest wyzywem, nieustającym nawoływaniem, by człowiek nie ustawał w drodze, nie przestawał szukać swego zakorzenienia w świecie, by mówił do rzeczy. Bo tylko człowiek, choć nie ma swojego głosu, głosu jemu tylko własciwiego: głosy im tylko właściwe mają ptaki i zwierzęta, to jednak tylko jemu, tylko człowiekowi, jedynie ludziom, dane jest nasłuchiwać wyzwania milczącego głosu, czyli tylko ludzie potrafią stawać się tymi, którymi jeszcze nie są. Innymi słowy, tylko im wolno wejść w pasaż, zwany przez filozofów „otwarciem“.

Twoje pisanie jest wejściem w ten pasaż...? Piszesz, by milczeć? Piszesz, żeby sprowokować wyzyw, czy może na już zasłyszany wyzyw odpowiadasz?

Każde pisanie, które jest mową do rzeczy, jest utulaniem milczenia w słowach, czyli jest poezją... Już tłumaczę, o co mi idzie.
 Stagiryta powiadał: człowiek jest zwierzęciem politycznym obdarowanym zdolnością mówienia (do sensownego zabierania głosu). Podaję jedną z możliwych odczytań słów Stagiryty, pomijam inne lekcje filologiczne układające sie w osobną i pasjonującą opowieść.
Słowa Stagiryty pozwalają na jeszcze jedną lekturę: człowiek jest zwierzęciem politycznym skazanym na dar mówienia. Bo mówienie jest ogromnie trudnym zadaniem, ciężarem, wiąże sie z trwogą  z drżeniem, wystawia na cel, na liczne niebezpieczeństwa, a ponadto mówiący, który stara się coś powiedzieć do rzeczy, zawsze mówi nie to co chciał powiedzieć, zawsze mówi i mniej, i zarazem więcej niż chciał powiedzieć, a jego wysiłek mówienia jest tragiczny, w takim sensie, w jakim "tragedia" wiąże się z bekiem kozła.
Wypowiedź do rzeczy wiąże sie z odpo-wiedzialnością, to od-powiedź in-voce. Takich wypowiedzi coraz mniej, ale nigdy nie było ich specjalnie wiele. Większość mówiących zapomina o darze mowy, o przeklętym i błogosławionym, tragicznym i radosnym darze mowy, o zdolności mówienia. Większość obdarowanych ten dar lekceważy i odpycha, choć podświadomie, połświadomie, dla nich samych nieoczekiwanie tęskni do wypowiedzi-odpowiedzi na wezwanie, milczącego głosu.
Stachura powiadał, że każdy jest poetą i wszystko jest poezją. Jeżeli żyjemy naprawdę, to żyjemy poetycko. Co to znaczy? Tyle tylko, że nie odrzucamy daru mówienia, troski o mowę, że podejmujemy trud i wyzwanie, którego nie możemy nie podjąć, jeśli nasze życie  chce być żywe, a nie byle-jakie. Stachura miał rację, ale większość mówiących od mówienia do rzeczy wolą restaurację.
Staram się jak mogę nie uchylać od od-powiedzialności, którą pisanie nieuchronie na mnie nakłada. Wsłuchuję się w mowę moich starszych braci, zmarłych i żywych, z największą uwagą i przepowiadam te wypowiedzi raz jeszcze i raz jeszcze, by wydobywać, w miarę mych skromnych możliwości ukryte w nich światło. Na tym polega tak zwana oryginalność, na niczym innym.
Pośród niezliczonych teorii języka i mowy można z grubsza wyróżnić dwie grupy. Pierwsza z nich, którą George Steiner nazywa "naturalistyczną" lub "pozytywistyczną" uznaje, że ewolucja ludzkiej mowy ściśle łączy się z ewolucją innych cech fizjologicznych i psychologicznych gatunku. Fonologia zajmuje się wykrywaniem możliwości wokalnych ludzkiego głosu. Wspólnie z anatomią i neuropsychologią opisuje w jaki sposób dobywa się głos z krtani, co mu w tym przeszkadza i co pomaga. Paleolingwistyka i socjolingwistyka objaśniają warunki socjalne, ekonomiczne i ekologiczne musiały zostać spełnione, by mowa mogła się narodzić i rozwijać. Lingwistyka "pozytywna" nie twierdzi, że odpowie na pytania skąd mowa się wzięła, ani nie obiecuje, że w najbliższej przyszłości postęp nauk takie odkrycie umożliwi, ale twierdzi, że w końcu prawdziwa i pozytywna odpowiedź się znajdzie, ponieważ tajniki pochodzenia i uwolucji mowy ludzkiej są podobne do tajników związanych ze sposobami komunkacji zwierząt i lingistyka stanowi część zoolingwistyki, a kody komunikacyjne przedwerbalne lub pozawerbalne należą do lingwistyki ogólnej.
Drugą grupę teorii języka i mowy można by nazwać "transcendentalną". Owe teorie nie przeczą, że mowa służy do "komunikowania się", że jest narzędziem "komunikacji" i w znacznym stopniu zależy od fizjologii i psychologii mowiących, a czynniki socjoekonomiczne, środowiskowe i geograficzne wpływają na kształt wypowiedzi oraz na sposób mówienia. Jednak teorie "transcendentalne". traktują pochodzenie mowy odmiennie niż teorie "pozytywistyczne". Mowa nie jest skutkiem ewolucji gatunkowej, lecz mowa jest, by tak rzec – przedwieczna. Mowa jest zawsze przed nami. Mowa jest zadana przez bogów. Słowo jest darem bogów. "Śmiertelni należą do bogów". 
Święty Augustyn obserwował dzieci, zwykłe dzieci, obdarzone zdolnością rozumienia wielu języków i mówienia wszystkimi jezykami, ten dar w dzieciach rychło przygasa. Św. Augustyn twierdził, że mowa osadza sie w ludziach z bożego rozkazu. Słowo, logos. Nie tyle mówimy, ile jesteśmy mówieni. Ale "bycie mówionym przez" nie może stać się zachowaniem biernym. Bierne, bezsilne poddanie się "gadaninie" jest odwrotnością mowy czynnej, nasłuchiwania wyzywu Słowa, wezwania milczącego głosu. "Bycie mówionym przez" wymaga napiętej uwagi, czuwania i przede wszystkim wymaga upartego doskonalenia rzemiosla, ćwiczen, prób, treningu. Staram się, by moje pisanie było skutkiem takiego intensywnego treningu. Chcę być niezawodnym zawodnikiem słowa.

Septymiusz powiadał: „Kto pisze, sodomizuje, kto czyta, jest sodomizowany”. „Pisanie podnieca. Czytanie czyni uległym”, pisałeś w „Ostatnim pasażu”. Pisanie to rzecz magiczna, obrzędowa. To występek – przeciw komu? Czemu? Przeciw słowu na końcu języka? Pisanie to gwałt na języku? Na czytelniku? Dialog z czytelnikiem? Przywołany przez Ciebie Steiner uważał pisanie za monolog wewnętrzny autora. To autor przede wszystkim miał być odbiorcą własnego dzieła, zatem wypowiedź do-rzeczy wiązałaby się z od-powiedzialnością wobec samego siebie...

Do ósmego wieku przed Chrystusem malowanie, pisanie i rysowanie określało po grecku jedno słowo: graphein. To znaczy, że Grecy traktowali te różne działania jako jeden akt. Jako wypodziedź jednorodną. Czynienie, graphein – to dawanie znaków komuś w nadziei, że znajdzie się osoba, do której te znaki przemówią. Więcej nawet, którego te znaki olśnią, pomogą w życiu, zmienią bieg życia, wyciągną z choroby, albo w chorobę wpędzą.
W prehistorycznych grotach znajdują się malowidła, znaki, symbole, na przykład ślady dłoni odciśnięte w miękkiej (wtedy) tkance ściany lub obmalowane, obrysowane, tak zwane "dłonie negatywne". Dłonie dorosłych i dzieci. Zwierzęta w pędzie, w rui, myśliwi z głową ptaka upadający na wznak lub unoszący się w powietrzu, w erekcji. W tych grotach odbywały się jakieś obrzędy, w których bardzo ważną rolę odgrywały też głosy i echa głosów. Malowanie, pisanie, rysowanie, praśpiewy, pratańce tworzące jedną całość.
Niektórzy historycy sztuki upatrują w ściennych malowidlach w prehistorycznych grotach "arcydzieła" w sensie współczesnym, podziwiają sprawność techniczną wyrysowanych na ścianach zwierząt, kompozycję obrazów, ich rozmieszczenie. Z pewnością te rysunki i malowidła są arcydzielne, ale nie ich wartość "estetyczna" jest najważniejsza. Najważniejsze jest ich przeznaczenie pojmowane w całości. Czym były, czym stawały się prehistoryczne groty, do których zstępowali ludzie, by zwierzęta na ścianach ożywały w migotliwym blasku pochodni? Te groty są zapisane, są księgą czekającą na swego czytelnika, który wreszcie się znajdzie, to znaczy powróci. Groty są księgami przepełnionymi sensem domagającym się lektury. Czekają cierpliwie, setki, tysiące lat nawet.
Podobnie czyhają książki przepełnione sensem. Nie wszystkie książki, lecz tylko ich część. Książek przepełnionych sensem jest ogromnie wiele, nie wiemy jak wiele, ponieważ niektóre (nie wiadomo ile) nadal cierpliwie czekają nie odkryte w bibliotetach i podobnie jak groty czekać mogą jeszcze dlugo, ale nadejdzie chwila, kiedy ktoś, kogo przyzywają od dawna, po nie sięgnie, albo temu komuś, kogo przyzywają od dawna spadną prosto z półki w ręce lub na kark.
Jednak książki przepełnione sensem choć z pewnością bardzo liczne, tworzą tylko niewielki, mikroskopijny ułamek skiążek napisanych i wystawianych do lektury. Niestety większość wystawianych do lektury książek jest z sensu wyzuta lub nikła zawartość sensu szybko z nich paruje.
Jakie książki są przepełnione sensem i czyhają na swych czytelników?  Te, w których tkwi pamięć o graphein, te, które są czymś więcej niż składnie ułożonym tekstem, zręczną opowieścią, nawet udałym utworem literackim. Te książki, jak prehistoryczne groty, składają się nie tylko z tekstu, ale tkwią w nich "wyjścia z tekstu", tajemne przejścia prowadzące do pasażów poza tekst. Umyślnie użyłem słów: "wyjścia z tekstu", czyli tytułu znakomitego eseju Rolanda Barthesa, który służy jako komentarz do równie świetnego eseju Georgesa Bataille'a o wielkim palcu u nogi. Barthes pokazał na czym polega przepełnienie sensem: Bataille nie mówi o ciele, w tym wypadku o jednej części ciała, lecz poszukuje (i znajduje) mowę ciała w tekście. W jaki sposób? Przez ukryte i niekiedy ujawniane mikrocytaty, przez demaskowanie pozorów ciągłego dyskursu "naukowego", przez wprowadzanie swego cielesnego istnienia w tekst pisany, przestający być tylko tekstem pisanym, a stającym się graphein. Barthes napisał swoje "Wyjścia z tekstu" trochę na wyrost, raczej jako program możliwego (niemożliwego) do urzeczywistnienia pisania ciałem, "życiopisania" chciałoby się od razu powiedzieć, ale esej Barthesa przepełnia sens, czyli należy on do tajemnej kolekcji książek czyhających.
Ciało piszącego dopuszczone do głosu w pisaniu. Pisanie nie tylko o ciele, ale pisanie ciałem: roztańczonym rozśpiewanym, schorowanym, zdrowym, cierpiącym, szczęśliwym. "Tekst Bataille'a pokazuje i poucza w jaki sposób należy obchodzić się z nauką i z wiedzą" – napisał Barthes. Wiedzy nie należy odrzucać, niekiedy nawet trzeba udawać, że wierzy się w jej moc. Barthes przypomniał, że Georges Bataille doskonale wiedział, że komitet redakcyjny ogromnie uczonego pisma "Documents", który poprosił Bataille'a o rozprawkę  składa się z czcigodnych profesorów, sawantów oraz poważnych bibliotekarzy. Georges Bataille doskonale wiedział, że redakcja spodziewała się po nim uczonej rozprawki, a on zaproponował czynną palcówkę. Dobrze świadczy o członkach komitetu redakcyjnego uczonego pisma "Dokumenty", że esej Bataille'a wydrukowali, choć zastrzegli, że jest on na pewno jakimś "dokumentem", ale nie bardzo naukowym. Roland Barthes w "Wyjściach z tekstu" wyjaśnił, że palcówka Bataille'a jest dokumentem szczególnej wagi, ponieważ objawia się w nim mądrość. Ta palcówka jest tekstem, w którym ważna wiedza jawi się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewał. Barthes pokazał, że mądrość Bataille'a polega na  wyzyskaniu dyskursu naukowego w sposób przewrotny, podwojony, a nawet zwielokrotniony. Oto dyskurs naukowy, który stał się dyskursem "artystycznym", wzięty w cudzysłów, przesunięty, rozwarty, niekiedy przedrzeźniony i jednocześnie zwodniczo, fałszywie naiwnie podawana jako dyskurs naukowy właśnie.
 Według Barthesa prawda i mądrość w tekście Bataille'a – rodzi się z fikcji, która udatnie skomponowana, pozwala na krótkie, błyskawiczne, ale prawdziwe pochwycenie prawdy. Barthes pokazał, że Bataille myśli jak Nietzsche: sens poprzedza fakt. Wartość wyprzedza wiedzę. Nietzsche: "Nie ma faktu jako takiego. To co nadchodzi, tworzy wiązkę fenomenów połączonych i wybranych przez tego, kto je interpretuje... Stan rzeczy sam w sobie nie istnieje. Żeby fakt stał się faktem najpierw potrzebna jest obecność sensu".
Wiedza jest sumą fikcji z pretensją do prawdy.. Jeśli przez fikcje dochodzi się – na chwilę – do prawdy prawdziwej, to wtedy prawda objawia się jako prawda fikcji, a nie fikcja prawdy. Na tym polega mądrość. I rzetelna wiedza. Na tym polega "naukowość" w humanistyce. Oto droga dla straceńców jakich jak Nietzsche, Barthes, Bataille.
Mowa ciała: nie (tylko) mówienie o ciele, lecz mówienie ciałem w tekście, powtarzam. Arcymistrzem pisania tekstów przepełnionych sensem, pękających od sensu, magiem "wychodzenia z tekstu" był Stendhal.
W tekstach, w książkach przepełnionych sensem, pękających od sensu tkwi zawsze stężone, skoncetrowane milczenie. Milczenie napędza sens. Milczenie jako zapomniana część mowy. Milczenie jako wehikuł, którym pozwala na podróż. Milczenie, które jest tak pełne, jak sprężona do granic możliwości cisza w prehistorycznych grotach.

Jeśli się daje znaki w nadziei, że do kogoś przemówią, to czy nie trzeba dostosować formy do czytelnika? A jeśli mają olśnić, wydobyć z choroby – także choroby ducha? – to czy nie muszą być szczególnie czytelne, podane wprost? Na ile można formę podporządkować celowi, czytelnikowi? Na ile można się sprzeniewierzyć sobie, swojemu wewnętrznemu głosowi, pójść na kompromis? I jaki to ma być czytelnik? Powiesz: ten, na którego książka czyha i któremu spadnie na kark. To może być jeden czytelnik. Jedyny. Czy to wystarczy? Proust chciał być czytany, ale nie podzielił tekstu „Poszukiwania” na akapity, nie wyodrębnił dialogów, zrobił to dopiero Boy. Ty też niczego czytelnikowi nie ułatwiasz, podsuwając mu misterny system wielopiętrowych tropów.

Nie wolno zaniedbywać warsztatu, nie wolno nie doskonalić rzemiosła. Każdy prawdziwy « artysta » musi stać się najpierw pokornym rzemieślnikiem. Każdy mag musi być najpierw majstrem. I nie da się uniknąć ciągłych, intensywnych ćwiczeń. Od początku wiedziałem, że rzemioslo jest niesłychanie ważne w pisaniu, podobnie jak filologia : żadna filozofia nie jest możliwa jest filologii, a nie ma metafizyki bez fizyki. Kiedy moj przyjacieł Dariusz Kosiński prosiłby, żebym napisał kilka zdań o sobie na festiwal Kraków 2000, sporządziłem notatkę, w której oswiadczyłem, że zalożyłem jednoosobowe laboraétorium gatunkow mowy. Napisałem tak pół żartem, pół serio. Tak myślalem siedem lat temu. Teraz już wiem, że napisałem tak bardziej serio niż żartem, a jeśli już to zartem prowokacwjnym. Tak, jednososbowe laboratorium gatunków mowy, w których próbuję jakie sposoby wypowiedzi są możliwe, konieczne, jedyne i niezastąpione w wypadkach, kidy chce się coś napisać do rzeczy w sprawqch konkretnych. Każda sprawa, którą chce sie wyrazić do rzeczy wymaga specjalnego gatunku mowy, jednorazowego, uszytego na miarę. oczywiście można się pomylić, przejechac, wybić zęby i skęcić łydki na takich eksperymentach i nigdy nie jest się zadowolonym z uzyskanych rezuktatów, ale nie można nie próbować, nie można nie prowadzić doświadczen w tym laboratorium gatunków mowy. Niekiedy do jednej sprawy potrzebne są różne gatunki mowy na miarę. Weźmy towianizm i Mickiewicza, tego się nie dało objąć jednym gatunkiem. Najpierw wypróbowałem opowieść ironiczną, sięgającą do  «Mistrza i Małgorzaty » - powstało « Braterstwo albo śmierć ». Okazało się jednak, że to za mało, by sprawę osaczyć. Szukałem formy dla nowego misterium prozą – powstał « Stos dla Adama ». Ale jeszcze później zrozumiałem, że musze zderzyć frontalnie dwa gatunki mowy : jeden przypominający prozę,a drugi przyôminający dramat i tak powstał « Mistrz. Widowisko ». Wcale nie myślę, sprawy z Mickiewiczem zamknąłem, na pewno jeszcze nie.
Laboratorium gatunków mowy i Teatr Laboratorium. Niedawno wyszło po polsku, pod czterdziestu latach Jerzego Grotowskiego « Ku teatrowi ubogiemu » w przekładzie Grzegorza Ziółkowskiego i w opracowaniu Leszka Kolankiewicza. Natychmiast sięgnąłem do tego wyjątkowego dzieła, które tak wielkie wrażenie wywarło na mnie w młodości, podobnie jak « Apocalipsis cum figuris » widziane w Starej Prochowni w Warszawie. Tamten październikowy wieczór, kiedy uczestniczyłem w « Apocalipsis » ustawił całem moje życie i wszelkie moje działanie w kierunku, z którego nie zejdę.
Grotowski wiedział jak ogromnie dla aktora ważnej rzemiosło. Nie pojmowane jednak jako zasób nauczonych « środkow », lecz jako ciągłe przekraczanie siebie, odsłanianie siebie, odkrywanie siebie, podawanie siebie w darze. Rzemiosło jest potrzebne, doskonalenie rzemiosła jest niezbędne, by podwanai siebie w darze było czynnością bezpieczną, to znaczy ponawialną, a nie tylko jednorazową. Wystarczająco długo zajmowałem się teorią literatury i poetyką, żeby nauczyć się « literacko-artystycznego » rzemiosła : nauczyć się go, sprawnie się nim posługiwać i w koncu – odrzucić. Mógłbym powiedzieć jeszcze tak : żeby uprawiać pograniczne, « eskperymentalne » gatunki mowy, trzeba umieć napisać sonet i klasyczną nowelę. Albo porządny dramat. Umieć, znac, wiedzieć, pójść dalej.
Czytelnik gatunków powstałych w jednosobowym laboratorium gatunków mowy jest prowokowany, wyrywany, zapraszany do udziału w czymś podejrzanym, ale nie nieprzyzwoitym, w czymś tajemniczym, co staje się w procesie lektury. Spotkania przez lekturę. Komu takie spotkanie miłe lub ciekawe – ruszy w drogę. Komu nie – nie ruszy.

~~~
TO jest życie. Depresja odbiera rozum, więc i życie.
Ten tekst nie ma korekty - depresja ją uniemożliwia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz