Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prozopagnozja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prozopagnozja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 stycznia 2017

Test na rozpoznawanie twarzy na zdjęciach

Na grupie dla dorosłych aspich robimy dziś test na rozpoznawanie twarzy. Ciekawe wyniki wychodzą. Osoby z ZA często mają prozopagnozję, a nawet jak jej nie mają, to rozpoznawanie twarzy jest dla nich trudne, zwłaszcza w realu. Ludziom z grupy wychodzą wyniki pomiędzy 47 a 64. 55.4 to wynik przeciętny dla NT.  Mnie wyszło 38 i dotąd jest to najniższy wynik. Grupowicze mają wrażenie, że test zawyża wyniki tak, że komuś, kto słabo rozpoznaje twarze, pokazuje wyniki dobre, a komuś, kto rozpoznaje standardowo - że rozpoznaje wyjątkowo znakomicie. Ja mam odwrotne wrażenie - że zaniża. Akurat na zdjęciach rozpoznaję znajomych znacznie lepiej niż w realu, a tu taki niski wynik. W realu potrafię nie rozpoznać nawet najbliższych przyjaciół, co jeszcze pogarsza demencja. W teście nie rozpoznałam nikogo, dla mnie wszystkie pokazywane twarze były nowe i żadnej nie widziałam więcej niż raz.

Test jest tutaj.

***
A tutaj jeszcze jeden test, znacznie trudniejszy i pewnie bardziej diagnostyczny, ale trudno powiedzieć, czy to nie jakiś fake, bo tu się pokazuje tylko jedna twarz, ciągle ta sama, i jeszcze okrojona. Wiadomo, że ludzi można rozpoznać - po fryzurze, głosie, posturze, sposobie poruszania się, czy poprzez kontekst - tutaj wszystko to wycięto. Nawet twarz wycięto, nie ma nawet włosów! Ani żadnych znaków szczególnych typu pieprzyk czy blizna. W dodatku nie pozwalają zapamiętać twarzy, bo zdjęcie natychmiast znika. Można jedynie zauważyć, czy oczy są otwarte, czy zmrużone, ale jak widać po moich wynikach, to nie wystarcza! I to mimo że twarze na zdjęciach naprawdę rozpoznaję lepiej niż w realu!

Your score was 23. Young adults with experience of Australian faces typically score from the low 30s up to the maximum score of 72, with an average score of 58 (standard deviation 7.34).
Your accuracy in the experiment was: 31% correct. An average score of 58 out of 72 would be: 80% correct.


Nie wierzę, że ktokolwiek byłby w stanie rozpoznać takie twarze!




sobota, 23 maja 2015

Prozopagnozja

Czytałam dziś "Oko umysłu" Sacksa i rozdział o prozopagnozji zainspirował mnie, żeby napisać o własnej. Sacks sam ma prozopagnozję. Pisze, że w dzieciństwie rozpoznawał wzrokowo bez problemu, zwłaszcza tych, z którymi się przyjaźnił. Łatwiej też było mu rozpoznawać ludzi, jeśli znajdowali się w konkretnym kontekście. Jane Goodall, która też ma prozopagnozję, pisze, że szympansy rozpoznaje po dłuższym z nimi obcowaniu, nie ma też problemu z bliskimi i przyjaciółmi. Ma jednak problem z ludźmi o typowych twarzach - musi szukać jakiegoś znamienia bądź innej cechy szczególnej.

Mam dokładnie tak samo jak oni. Bez problemu rozpoznaję bliższą rodzinę i przyjaciół. Rozpoznam też tych, których często widuję, oraz osoby na zdjęciach. Ale w dzieciństwie sąsiadki skarżyły mojej mamie, że się im nie ukłoniłam (one mnie rozpoznawały - więc czy nie mogły się ukłonić pierwsze? przecież bym odpowiedziała na dzień dobry, nawet obcej osobie!). Całkiem nieźle rozpoznaję też ludzi w kontekście - ktoś spotkany na osiedlu musi być sąsiadem, ale jeśli tego kogoś spotkam poza osiedlem, już go nie rozpoznam, nawet jeśli rozmawialiśmy godzinę wcześniej. Swojej terapeutki-sąsiadki nie rozpoznałam w tak niecodziennym miejscu jak przychodnia. Poznałam ją, dopiero kiedy mi się ukłoniła pierwsza.

Tak jak Sacks (nie wiedziałam, że inni też tak mają, haha) lepiej rozpoznaję psy niż ich właścicieli. Rozpoznaję właścicieli po ich psach. Ale kiedy zobaczę ich bez psów - już ich nie rozpoznam.

"Wiele osób z prozopagnozją rozpoznaje osoby po głosie, postawie albo chodzie", i dokładnie tak jest ze mną. Najłatwiej jest rozpoznać po sposobie poruszania się, głosie lub po włosach. To oznacza, że jak ktoś zmieni fryzurę, będzie nierozpoznawalny. Dużo trudniej jest rozpoznać osobę w tłumie, w stresie, w przebodźcowaniu, bez kontekstu. Nie rozpoznaję też twarzy podobnych. Twarze Azjatów są dla mnie takie same - oni wszyscy mają taki sam kształt i kolor oczu, taki sam kolor i rodzaj włosów, zupełnie inaczej niż inne rasy, które rozpoznają właśnie po cechach szczególnych. Irytuję się, kiedy do filmów zatrudnia się jednakowych aktorów, zamiast bardzo się od siebie różniących. Kiedy wszyscy aktorzy są jednakowi, nie wiadomo, o co w takim filmie chodzi, nie da się podążać za akcją.

Podobno większość osób z prozopagnozją ma lezję w pewnej części mózgu. Cóż, nie znalazłam informacji, żeby tę lezję miały osoby z ZA. Ja jej raczej nie mam - pewnie wyszłaby w rezonansie/tomografii/PET, tymczasem wyszła jedynie demencja.

Prozopagnozja nie była nigdy dla mnie jakimś wielkim problemem. Jeśli nie poznawałam czyjejś twarzy, to poznawałam głos. Kiedy dochodziło do powitania, już wiedziałam, z kim mam do czynienia. Demencja to zmieniła. Sprawia, że żadna cecha nie wystarcza, żeby kogoś rozpoznać. Zdarza się, że ktoś się ze mną wita, mówi coś do mnie, ściska mnie, a ja nadal nie wiem, kto to jest, mimo że słyszę głos i wszystkie cechy szczególne mogę obejrzeć z bliska. Na demencję nie działa też kontekst. Jak kogoś nie poznaję, to nie poznaję i nic tego nie zmieni, ten ktoś musi mi po prostu powiedzieć, kim jest. Jeśli tego nie zrobi - nie domyślę się.


piątek, 24 października 2014

Obejrzałam "Zapaśnika"

Obejrzałam "Zapaśnika".
Piotr: Jak wrażenia z roli Rourke'a?
Ja: A który to?
Piotr: Mickey! Główna postać!

B. opowiada mi o znajomej, która podupadła na zdrowiu i nie mogła się zajmować swoimi dziećmi, bo brała na swoje barki za dużo obowiązków, które zrzucali na nią inni ludzie.
Ja: To dlaczego się na to zgadzała?!
B.: Pytasz jak Asperger.
Ja: Ale to kwestia priorytetów, nie aspergerostwa, co jest dla niej ważniejsze: dzieci czy inni ludzie!

To bardzo, bardzo typowe dla mnie dialogi. Za pierwszy odpowiada prozopagnozja, za drugi logiczne myślenie. Moja niemożność rozpoznawania ludzi i zapamiętywania nazwisk jest już legendarna. Potrafię pomylić Cage'a z Reeves'em i do dziś z Olą używamy "Bruce'a Willisa" zamiast "Bruce'a Chatwina". Można to traktować jako pewną przypadłość utrudniającą życie. To drugie natomiast należy niezwłocznie zastosować w życiu.



wtorek, 16 lipca 2013

2 in 1

Dzień się jeszcze nie skończył, a ja mam wrażenie, że to były 2 dni plus nieprzespana noc między nimi. Nie daję rady. NIE DAJĘ RADY załatwiać 2 spraw dziennie. Rano odczulanie: 2h w jedną stronę autobusem, bo metro nie działa; godzina siedzenia na niewygodnym krzesełku bez podłokietników (a gorsetu nie mogę zakładać, bo potrzebny dostęp do skóry); 2h w drugą stronę. Przejście podziemne. Chcę wyjść w stronę NFZ. Schody ruchome nie działają (jakiś pan je myje), złaziłam się, szukając windy - nie ma. Pytam pana myjącego, jak się stąd wydostać. Zasępił się, zamyślił... "Wie pani co? Ja je uruchomię tylko dla pani!" I za chwilę dwóch panów z uśmiechem uruchamia schody.

Do NFZ daleko, zataczam się i nie dziwię, kiedy ludzie dziwnie na mnie patrzą. Znam to od lat. Zabawne, że kule na to nie wpływają, nadal się zataczam, tylko nie przewracam. Na ogół (bo zdarzyło się tydzień temu wyrżnąć, bo się zapatrzyłam na nisko lecący samolot - rzucał na mnie cień!).

Myślę sobie, że w NFZ nigdy nie ma kolejek (jak dotąd), będzie wreszcie miejsce do siedzenia, może dojdę, może nie zemdleję.
Ból po wczorajszych dyslokacjach (kolana, biodro, przedstopie),
spastyka w łydkach (po 2 dniach przerwy powrót),
rozpoczynająca się neuralgia (a, sorry, teraz to są polineuropatie - nie tak dawno marzyłam, żeby ból zatrzymywał się na migrenie i nie dochodził do neuralgii; teraz marzę, żeby zatrzymywał się na neuralgii),
neuropatia wzdłuż i wokół kręgosłupa (wzięłam leki - tak, tę 40 razy silniejszą substancję od morfiny też).
Powłóczę wszystkimi trzema nogami. Słabo mi, narko-coś się zaczyna.

I co widzę? DZIKI TŁUM w NFZ! Nigdy w życiu nie widziałam tam tylu ludzi! Miejsc siedzących brak. Gdzieś na końcu sali, w drugim rzędzie (przepycham się) wyhaczam jedno. Zabawne, większość to zdrowi i sprawni ludzie wyręczający swoich niepełnosprawnych krewnych (wolno) - nie widzę, żeby ustępowali tym nielicznym o kuli czy staruszkom, prawie jak w autobusie.

Przede mną 47 osób. Dość szybko przesiadam się do pierwszego rzędu, bo najdłuższa kolejka, po ubezpieczenie za granicą, najszybciej idzie - pieczątka, podpis, wsio.

Staje nade mną ktoś i mówi "Cześć". Chyba po moich mętnych oczach widać bezdenne niezrozumienie, bo się przedstawia. No jasne, jak mogłam nie poznać! Owszem, nierozpoznanie jakichś znajomych rodziców i ich sąsiadów zdarza(ło) mi się nagminnie, ale nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się to wobec własnych znajomych. A w ciągu ostatnich tygodni - już kilka razy.

Gdyby ktoś wspomniał imię Ani, natychmiast zwizualizowałabym sobie jej twarz. A kiedy ta twarz patrzy na mnie z odległości metra - czuję się, jakby wszyscy wokół byli moimi znajomymi, a ja widziałabym samych obcych. Jak na pierwszym spotkaniu grupy otwarcia: wszyscy przypinamy karteczkę z imieniem. To się dzieje przerażająco często.

Ania ma nr 101. I co? Zanim przyszła moja kolej, ona zwiedziła 2 inne pokoje, załatwiła swoją sprawę, a ja nadal siedzę. Teoretycznie czynnych jest 5 okienek, w praktyce niby 3, a tak naprawdę to na ogół jedno, bo pozostałe 2 są co chwilę zamykane. Gorzej niż na poczcie!

Samo załatwienie sprawy - 2 minuty. Trafiłam na miłą młodą urzędniczkę (pieczątka na ortezy jest), a nie na typka, który komentował, że "w tych ortezach będzie mi się źle chodziło". No cóż, nawet jeśli źle, to wolę źle niż wcale. Nie jego sprawa.

Wracam inną drogą, bo schodów ruchomych w dół nie ma. W ogóle. Całkiem. Nigdy nie było. Nie że się popsuły - nie wybudowano ich.




Nic szczególnego nie zrobiłam dziś, a do domu wracam o 17. Jeszcze do sklepu. Do jakiego sklepu? Mowy nie ma, marzę tylko, żeby się doczołgać do łóżka.

Coraz gorzej chodzę. Coraz gorzej oddycham. Coraz gorzej połykam. Ale to nic - coraz gorzej myślę, coraz gorzej funkcjonuję poznawczo. Debilizm był kiedyś chorobą, najwyraźniej przetrwał do dziś.

Jutro miała być wycieczka do IPiNu, ostatni dzwonek! Ale przypomina mi się (przez ponad tydzień nie pamiętałam), że mój psychiatra w środy przyjmuje w poradni. Nie będzie go. Nie jadę. Wprawdzie chcę się zobaczyć z Profesorem i obiecałam pogadać z psycholog, ale drugi raz nie pojadę na ten koniec świata (kolejne 2h w jedną stronę; do Wilanowa dziewczyny chodziły pieszo na przepustki!). Więc czwartek. Jutro PZU.