wtorek, 2 kwietnia 2013

ZA... czym kolejka ta stoi? :)

No dobrze. Skoro ZA bywa postrzegany jako łagodny autyzm, to wkleję swoje notatki i maile do Beaty o własnych aspergerowskich objawach edesiakowych. Nie wiadomo, na ile to faktyczny zespół Aspergera, a na ile wynik braku hydroksylazy. Nie wiadomo też, czy to przypadkiem nie jedno i to samo. Ale tak, mam objawy ZA jak wielu edesiaków. Kiedyś bardzo duże i bardziej alienujące niż dziś. Dziś mam Internet i nie muszę się nad sobą znęcać częstymi kontaktami z ludźmi w tzw. realu.





Najgorszym okresem była szkoła. Bałam się dzieci. Nie mogłam ani zrozumieć, ani znieść chaosu, biegania, obijania się o siebie w czasie przerw, wrzasków, pisków itd. Bałam się tego potwornie. Bałam się, że będzie bolało (wysokie dźwięki bolą do dziś), bałam się, że jakieś dziecko wpadnie na mnie, że mnie dotknie, przewróci, zrobi krzywdę (w eds jest o to bardzo łatwo, ale tego jeszcze wtedy nie wiedziałam - wiedziałam tylko, jak łatwo o ból). Bałam się, że ktoś coś do mnie powie i będzie oczekiwał odpowiedzi. Bałam się interakcji, kontaktu. Bałam się współdziałania, pracy w grupie, rywalizacji, współzawodnictwa - do dziś nie rozumiem, do czego ma to służyć i po co robić komuś krzywdę.

Kiedy miałam zajęcia na drugiej zmianie - bałam się migających świetlówek. Bałam się nagłych zbyt głośnych dzwonków na przerwę. Bałam się, kiedy nauczycielka krzyczała i beształa inne dziecko (mimo że na mnie nikt nie krzyczał, bo robiłam wszystko, żeby być niewidoczną). Bałam się, że nauczyciel wywoła mnie do odpowiedzi. Nigdy nie odpowiadałam, aż do końca studiów nie odpowiadałam ustnie (nie obroniłam pracy mgr, bo nie ma obrony pisemnej). Mówiłam, że jestem nieprzygotowana, mimo że doskonale wszystko umiałam - żeby nie być pytaną. Poprawiałam się pisemnie (gdyby na moich studiach były jakieś ustne egzaminy, wyrzuciliby mnie już po pierwszej sesji). Ten dziwaczny mutyzm wybiórczy został mi do dziś.

Izolowałam się i chowałam się za książką. Nauczyłam się sama czytać w wieku 4 lat i to było błogosławieństwo - nic innego już nie było mi potrzebne, nie nudziłam się nigdy.

W szkole miałam na ogół jakąś jedną koleżankę, z którą siedziałam, ale to było powierzchowne. Nie miałam przyjaciółek, z którymi spędza się czas, coś razem robi, rozmawia. Jeśli już, to co najwyżej pisałam listy. Moja korespondencja była rozległa od najwcześniejszych lat. Pisałam listy również do koleżanek z ławki.

Nie miałam problemów z nauczeniem się pisma (z pisaniem już gorzej - eds: hipermobilność, brak koordynacji, ból, prawie zerowa propriocepcja). Czytałam biegle. Raz zobaczone słowo pamiętałam już zawsze. Pamiętam, że w I klasie podczas pierwszego dyktanda nie mogłam zrozumieć, jak dzieci mogą mylić słońce ze słoniem - przecież one nawet nie wyglądają podobnie! (nie rozumiałam, że robią błąd, pisząc "słonice" zamiast "słońce"). Jakoś udawało mi się przezwyciężyć eds i pisać ładnie, bo pisałam DUŻO. Ale już szlaczków oddzielających jedną lekcję od drugiej nie umiałam robić i robili to za mnie rodzice - największym problemem było nie narysowanie szlaczków, ale wymyślenie wzoru. Pisać ręcznie przestałam ok. IV roku studiów.

Wyobraźni nie miałam i nie mam. Wszystkie moje zdolności są odtwórcze. Byłam uzdolniona plastycznie do tego stopnia, że nauczycielka z podstawówki oczekiwała, że pójdę do liceum plastycznego. Ale umiałam jedynie kopiować. Kopie były bardzo dokładne, perfekcyjne niemal i nie sprawiały mi żadnych trudności. Kopiowałam nawet zdjęcia portretowe. Ale nie umiałam narysować nic, co musiałabym sama WYMYŚLIĆ.

Podobnie z muzyką. Mam słuch absolutny. Od dziecka grałam na flecie prostym i przewyższałam nauczycieli muzyki pod każdym względem umiejętnością zagrania utworów teoretycznie dla fletu niedostępnych. Hipermobilność we wczesnych latach (i aż do nastoletniości) pozwalała mi też na grę na fortepianie. Przez nauczycielkę gry uważana byłam za cudowne dziecko, mimo że zaczęłam grać późno, byłam hołubiona i pozwalano mi na więcej niż innym. Ponieważ nigdy, przenigdy nie wyszłabym na scenę, byłam zwolniona z publicznych występów. Nie znosiłam wprawek, gam i kadencji, więc pisano dla mnie specjalne sonatiny, które służyły zamiast wprawek.

Umiałam zapamiętać każdy utwór, całe partytury, więc do dziś nie dziwią mnie dyrygenci, którzy dyrygują bez nut - dla mnie rzecz normalna.

Nie rozumiałam, jak można tańczyć lub grać nierówno - przecież wystarczy to robić DO RYTMU.
Z kolei matematyka wywoływała we mnie ataki lęku. Teraz wiadomo, że dyskalkulia powodowana jest przez eds, ale wtedy po prostu było to dla mnie nie do przejścia. Nigdy nie nauczyłam się liczyć w pamięci ani nawet na palcach, liczydle, w słupkach. Nie rozumiałam i nie rozumiem zadań tekstowych. Lepiej szło mi rozwiązywanie równań i nierówności, bo tam wszystko było logiczne, nie było trzeba wypisywać i interpretować żadnych danych, a obliczenia można było robić na kalkulatorze. Dość dobrze szła mi geometria - lubiłam symetryczne figury.

Nie miałam ataków agresji (a raczej miałam, ale wyłącznie wobec matki, i mam to do dziś; jest jedyną osobą, która umie mnie doprowadzić do tego stanu). Miałam ataki lęku i paniki. Do 13. roku życia nie mogłam sama zostawać w domu. Kiedy tak się działo, najpierw rzucałam się na drzwi, a kiedy ucichło chrobotanie klucza w zamku, uciekałam na oparcie kanapy i bałam się zejść, dopóki ktoś nie wrócił. Wrzeszczałam wtedy tak, że aż nie mogłam oddychać, a sąsiedzi skarżyli się rodzicom. To mogło trwać kilka godzin, lęk i wrzaski nie mijały, nie byłam w stanie się uspokoić.

Do 13. roku życia byłam też karmiona przez matkę. W ogóle nie jadłam samodzielnie niczego, co wymagało używania sztućców. Surówka nie mogła dotykać ziemniaków na talerzu, najlepiej żeby była oddzielnie w innej miseczce. Ziemniaki nie mogły dotykać mięsa. Jeśli coś się zmieszało, nie tknęłam tego. Mięso mogło być wyłącznie piersią kurczaka. Cebuli nie je się z papryką pod żadnym pozorem. Nie dodaje się jej też do surówki z kapusty. Pewnych rzeczy nie je się w ogóle, nigdy i pod żadnym pozorem (np. wątróbki czy czosnku). Tak jest do dziś.

Nigdy nie nauczyłam się wiązać butów z pętelką. Na ZPT do szkoły wszelkie rękodzieła typu szydełkowanie, robienie opaski na drutach, haftowanie robił za mnie tata. Tata robił też za mnie rysunki na zadany temat, bo mimo uzdolnień plastycznych nie umiałam przecież nic wymyślić, umiałam tylko PRZErysować. Nauczycielka czasami się domyślała, dostawałam wtedy ocenę: "Tata dostaje 5, Daga nic".

Mało tego. Zanim zakochałam się w grze na flecie, nie chciałam go tknąć. Usiłowano mnie uczyć gry systemem beznutowym, niby lepszym dla dzieci niż normalny sposób. Ale ja nie byłam chyba normalnym dzieckiem, odstawiałam cyrk za każdym razem, tego systemu nie rozumiałam ni w ząb, aż tata sam nauczył się normalnych nut, potem nauczył się grać na flecie, następnie nauczył grać mnie - i zaskoczyło.

Ataki histerii przy odrabianiu lekcji były normą i tylko tata miał do mnie cierpliwość (tylko tata też miał cierpliwość, żeby rozczesywać moje długie włosy, to był kolejny cyrk). Wszystkie przedmioty ścisłe były niezrozumiałe, wydawały mi się niepotrzebną katorgą i dostawałam ataku płaczu natychmiast przy pierwszym niepowodzeniu, czyli w pierwszych pięciu minutach robienia pracy domowej. Nie pomagało tłumaczenie, posyłanie na korepetycje - przedmioty ścisłe były po prostu nielogiczne i bezsensowne, dało się je jedynie wkuć na pamięć bez zrozumienia.

Nie rozumiałam żadnych zasad. Odkąd pamiętam, istnieje dla mnie tylko jedna zasada - niech każdy robi to, co tylko chce, dopóki nie robi krzywdy innym. Jeśli dziś funkcjonuję w społeczeństwie, to tylko dzięki pamięciowemu wyuczeniu się konkretnych reakcji w sensie akcja - reakcja. Jeśli ktoś mówi A, to ja automatycznie "powinnam" powiedzieć B, bo "tak trzeba", tak "wypada", tak "się robi". Z wielu takich reakcji rezygnuję całkowicie i tego nauczyłam moich znajomych i przyjaciół. Wiedzą, że ode mnie albo usłyszą prawdę, albo nic, zero konwenansów.

Nie czytam podtekstów, dwuznaczności, aluzji. Nie umiem być jasnowidzem, nie czytam w cudzych myślach, więc jeśli ktoś coś mówi, to uważam, że właśnie to ma na myśli. Jeśli ktoś czegoś ode mnie chce, musi mi to powiedzieć. A ja mam prawo odmówić. I vice versa, bo to działa w obie strony. Inne funkcjonowanie rodzi problemy, frustrację, lęk, nieporozumienia, konflikty.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie nie odróżniają rzeczywistości od swoich wyobrażeń.

Nigdy nie rozumiałam spóźnialstwa, powoduje u mnie frustrację, lęk i poczucie, że ta druga osoba mnie lekceważy. Przecież skoro się umawiam na 15, to nie na 15:20.

Najgorsze jest odwoływanie ustalonych wydarzeń/zajęć, zwłaszcza w ostatniej chwili. Bo z tym nie da się nic zrobić. Lęk, płacz, natychmiastowe nasilenie myśli samobójczych. Niezapowiedziane wizyty - podobnie, ale tu już łatwiej: jeśli się kogoś nie spodziewam, nie umówiłam się wcześniej, po prostu nie odbieram domofonu. Wtedy reakcja lękowa na dźwięk tegoż też jest silna, ale trwa krótko, bo ktoś w końcu rezygnuje, a ja nie muszę mieć z nim kontaktu.

Kocham swojego pana listonosza, bo przychodzi ZAWSZE O TEJ SAMEJ PORZE.

RUTYNA ratuje mi życie. Funkcjonuję w niej jak pies. EDS mnie z niej wybija.

Nie używam telefonu do rozmawiania. Na ogół nie odbieram nawet telefonów od przyjaciół, których znam dobrze i kocham. Dźwięk telefonu mam trwale wyłączony - bo każdorazowo powoduje reakcję lękową. Czasami, bardzo rzadko, zdarza mi się do kogoś zadzwonić, ale tylko wtedy, kiedy NAPRAWDĘ muszę, kiedy nie ma innej opcji (np. mail) i kiedy mam pewność, że odbierze ta konkretna osoba, a nie ktoś inny. Rozmowa jest jak najkrótsza (to mogą być nawet sekundy), rzeczowa i nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa niedotyczącego powodu dzwonienia. Jedynym wyjątkiem bywa moja matka, ale nawet rozmowy z nią w 90% kończę odłożeniem słuchawki, bo na moje prośby o zakończenie rozmowy nie reaguje.

Od miesiąca nie jestem w stanie zadzwonić i umówić się z psychoterapeutką, w obecności której czuję się bezpiecznie i którą lubię. Gdybym ją spotkała osobiście na ulicy, nie byłoby problemu. Ale mam zadzwonić - więc się nie da.

Większość telefonów oficjalnych wykonuje za mnie matka. Tata ma moje upoważnienia do wszelkich urzędów. Kilka lat zajęło mi pojechanie na uczelnię i wzięcie świstka, że byłam tam studentką. Dokładnie - zajęło mi to 12 lat. Pojechałam tylko dlatego, że Ola pojechała ze mną. Teraz będzie podobny problem ze świstkiem z archiwum w Modlinie, że pracowałam w sztabie - przecież nie zadzwonię... a muszę mieć ten świstek do ZUSu.

Kontakt telefoniczny to xanax. Kolejny. I kolejny, i kolejny, i kolejny... Każdy telefon matki - xanax.

Jako dziecko i potem nastolatka nie umiałam za bardzo kontrolować różnych "fiksacji". Te ulubione to było wpatrywanie się w żarzącą się żarówkę, prosto we włókno w środku; rozluźnianie mięśni oka (teraz wiadomo, że to było dla mnie proste z powodu wiotkości ścięgien, a z tego wynika słaba akomodacja) i wpatrywanie się w pojawiające się wtedy spadające w pionie maziaje (są cudowne! do dziś lubię się w nie patrzeć); zagapianie się w okno pociągowe, za którym przesuwały się mijane kable - ich falowanie hipnotyzowało mnie i uspokajało i nie można mi było tego przerwać.

Robiłam jeszcze coś dziwnego, czego nie umiem opisać. Jeśli mijałam coś, co mi się podobało - wszystko jedno co, samochód, przedmiot, drzewo, cokolwiek - tak jakby obejmowałam to wzrokiem, jakbym łapała to w chmurkę; potem wyobrażałam sobie, że to wszystko, co złapałam w chmurkę, istnieje na gigantycznym parkingu - i wszystko, co się tam znajduje, jest moje. Na tym "łapaniu w chmurkę" łapię się wciąż. Nie lubię tego.

Mimo że matematyka wywoływała lęk, podczas jazdy pociągiem czy samochodem bardzo mnie absorbowało liczenie wybranych mijanych obiektów, np. krowy o jednobarwnym umaszczeniu albo samochody konkretnej marki (znałam wszystkie). Ciężko mnie było uspokoić, kiedy ktoś mi to liczenie przerwał. Dziś się nawet na tym liczeniu łapię i muszę sobie zabraniać albo zajmować się czytaniem, żeby nie przejechać przystanku, na którym  mam wysiąść.

Słowa są dla mnie reprezentacją graficzną. Słowo nie składa się z liter. Słowo to nie jest tekst, to grafika. Jeśli widzę coś, co wygląda tak: JABŁKO, to rozpoznaję to jako coś, co ma konkretne znaczenie, coś, co jest owocem jabłoni. Jeśli ktoś napisze JAPKO, zatrzymam się, bo nie rozpoznam takiej reprezentacji wizualnej - nie wiem, jak wygląda to JAPKO ani co znaczy i potrzebuję chwili, żeby się zastanowić i dojść do wniosku, że to JABŁKO, tylko napisane z błędem. Dlatego każdy błąd w tekście zaburza mi czytanie, wybija z rytmu, uniemożliwia skupienie. Czytając, obejmuję jednocześnie 2-3 linijki, więc jeśli natykam się na błąd, nie rozumiem całości, wszystkie 3 linijki przestają mieć sens.

Tego nie odczytam:


Ma to swoje plusy. Byłam doskonałym redaktorem i korektorem, dopóki depresja nie sprawiła, że przestałam rozumieć, co czytam, i zanim brain fog nie uniemożliwiła mi skupienia się.

Nie znoszę beletrystyki. Nie rozumiem jej na ogół. Nie wiem, o co chodzi w fabule. Potrzebuję szczegółowych, bardzo dokładnych opisów, żeby sobie wyobrazić to, o czym pisze autor. Jeśli ich nie ma - nie rozumiem, irytuję się. Podobnie z filmami. W obu przypadkach muszę znać całość fabuły i zakończenie, zanim zacznę czytać, inaczej czytanie jest stresogenne - jest nieprzyjemną męczarnią, a ja nie lubię się udręczać.

Zawsze irytowałam się, kiedy ktoś (na ogół rodzice) kazali mi czytać/uczyć się "w ciszy". Nigdy nie odpowiedzieli mi na pytanie, jak tę ciszę zrobić. Wyłączenie muzyki, która wyciszała chaotyczne dźwięki tła, powodowało, że nie radziłam sobie z tym chaosem - nie umiem wyciszyć dźwięku samochodów za oknem, buczenia komputera, odgłosów z klatki schodowej i zza ściany, piszczenia świetlówek itd. Zatyczki do uszu potęgowały lęk - dźwięków z zewnątrz nie eliminowały całkowicie, a do tego wzmacniały dźwięki z wewnątrz ciała. Dźwiękiem, który najtrudniej mi wytrzymać, jest bicie serca (a już zwłaszcza jeśli jest to migotanie przedsionków - wpadam w histerię). Kiedy słyszę, że dźwięk serca matki ma rzekomo uspokajać niemowlęta, robi mi się słabo.

Nie rozumiem odczuć ludzi, nie wiem, co czują. Jeśli sama przeżyłam coś podobnego, to przywołuję swoje emocje i reaguję tak, jak ja wtedy potrzebowałam, więc NA PEWNO nie pocieszaniem i mówieniem, że "będzie dobrze". Kiedy ktoś mi to mówi, prawie za każdym razem się daję nabrać i pytam "skąd wiesz?", naprawdę myśląc, że ten ktoś to wie.

Rozumiem za to zwierzęta (poza kotami), bez żadnego wysiłku. Ich reakcje są logiczne i takie jak moje.

Moje short listy rzeczy do zrobienia przyjmują postać skomplikowanych zeszytów z podziałkami z fiszek (czy potem, po zapisaniu, do nich zaglądam, to już inna sprawa - depresja przeszkadza). Trzeba tam zapisać także czynności niezbędne do wstania z łóżka, inaczej jest to bardzo trudne, tym trudniejsze, im głębsza akurat depresja. 







Przeżywam ataki lęku, kiedy muszę wyjść rano z psem - często idę w piżamie i bez skarpetek, nieważne, że akurat jest 14 stopni mrozu (ale sądzę, że to bardziej wynika czasem z depresji  a czasem z eds).

Co niezapisane, to niezapamiętane (przeważnie też słabo zrozumiane).

Brak pamięci słuchowej (zabawne, tak się dzieje mimo słuchu absolutnego - nie zapamiętam utworu, jeśli nie zobaczę nut).

Im bardziej się denerwuję, tym większy mam problem z patrzeniem ludziom w oczy, mimo że teraz jest to już dość proste dzięki 5-letnim warsztatom na studiach.

Ludzie (kontakt z nimi) na ogół ciągną mnie w dół. Im więcej kontaktów, tym bardziej nasilone objawy depresji. Wyjście z domu to każdorazowo atak lęku, tym większy, im dalej mam iść i im większy jest to stres. Bez xanaxu nie wyjdę (teraz biorę go już na stałe PLUS objawowo, 2mg).

Najlepiej i najbezpieczniej czuję się sama. Jeśli mam wytrzymać czyjąś obecność, MUSI być nieinwazyjna, więc ten ktoś nie może ciągle czegoś ode mnie chcieć i wymagać, żebym się dostosowała. Po każdym większym kontakcie potrzebuję kilku dni samotności, żeby dojść do siebie, nawet jeśli ten kontakt był przyjemny.

Głębszy kontakt nigdy nie jest możliwy w realu. W realu możliwy jest tylko kontakt powierzchowny. To, co najważniejsze, musi być podane na piśmie. Wyjątkiem dotychczas była jedynie psychoterapia.

Muszę stale coś robić z rękami. Wcześniej zawsze obracałam w nich jakiś niewielki przedmiot, teraz ratunkiem są splinty, które i tak muszę nosić.

Książkowo: zegarek to samo zło. Tarcza musi być duża, każda godzina musi być napisana, cyfry muszą być duże i pionowe, i absolutnie nie rzymskie. Inaczej nie umiem odczytać godziny.

Nigdy nie  byłam nadpobudliwa. Byłam dzieckiem wycofanym, cichym i starającym się, żeby nikt nie zwracał na nie uwagi (chyba że ktoś spowodował atak lęku). ALE: W ogóle nie mam cierpliwości i wściekam się, także wtedy, kiedy sobie choćby wyobrażę, że coś idzie nie po mojej myśli. W ostatnim tygodniu prawie codziennie słyszę od przyjaciółki (której postawa wobec życia to zen), że się wściekam znowu i bez powodu. :)

Przed ostatnim nawrotem depresji podzielność uwagi miałam prawie jak Glenn Gould, teraz nie jestem w stanie skupić się nawet na jednej rzeczy jednorazowo.

Mail do Beaty:
"Kocham ten zegar! Ale nigdy nie był kupowany do odczytywania godziny. Do odczytywania mam elektroniczny i używam komórki i kompa. ;)



Z dniami tygodnia i miesiąca nie mam problemu - mam kalendarz google. :P Gorzej poza domem, bo wiecznie zapominam komórki (z powodu eds nie mogę nosić zegarka na nadgarstku, za to często noszę zegarki na szyi).
Ale coś mam z tymi zegarami, lubię je bardzo, mam w domu kilka. Oczywiście do odczytywania godziny nadaje się jeden - bijący. ;P
Bosz, Ty wiesz, co ja przeżywam, jak nie ma odpowiednich terminów fizjo?? Ostatnio myślałam, że się popłaczę! Specjalnie bukuję terminy dużo naprzód, żeby była ta cholerna 19:00, a tu nie dość, że w poniedziałki już nie ma, to jeszcze nie ma nawet grafiku na maj. :/ A jak ktoś mi zajmie szafkę nr 1 w szatni? KATASTROFA.
Nb. w poniedziałki jest tylko 13:00, a ja o tej porze nadal śpię, i to początek snu, bo właśnie zasypiam, wcześniej się nie da. :/ Książkowo - po 3 dobach bez snu albo padam i zasypiam wreszcie, albo mam halucynacje. I te z bezsenności niestety są negatywne, na ogół jakieś prześladowcze. :/
Chemiczne środki nasenne w eds nie działają.
W szkole na szczęście nie miałam większych problemów, bo mieliśmy przeważnie na II zmianę. Za to w pracy (na etat) po prostu zasypiałam na biurku. No a teraz to już przeszło w narkolepsję. Ale to objaw eds, więc nie musisz się spodziewać u syna.
BTW, synuś też musi wszystko sam? Od zerówki jeździłam do szkoły autobusem sama, najpierw szkolnym, potem miejskim. Inaczej była histeria nie do spacyfikowania i całkowita odmowa wyjścia z domu (odmowa wyjścia z domu w ostatniej chwili zdarza się do dziś).

Jako dziecko też nie zasypiałam, ale CHCIAŁAM być sama. Jak mi kazali gasić światło, to czytałam z latarką pod kołdrą. Nie umiałam nigdy zasnąć ani przy dźwiękach, ani przy świetle, ani przy miganiu telewizora. To się zmieniło 3 lata temu przy kolejnym nawrocie depresji - teraz nie zasnę, jeśli nie zapuszczę filmu.
Lektury czytałam zawsze latem przed rokiem szkolnym na cały rok wprzód. Większości nie znosiłam, bo to były głupie fabułki (jako dziecko uważałam, że "Kubuś Puchatek" i "Muminki" są dla idiotów, i denerwowałam się, że autorzy tak mnie traktują). Encyklopedie i słowniki - tak, to jest to! <3
Pamiętam, jak w liceum polonista robił klasówki i odpytywał ze szczegółów lektur. Były już wtedy dostępne streszczenia lektur, więc nie pytał o fabułę, ale o szczegóły, które w streszczeniach pomijano. Oczywiście w tym byłam najlepsza! Fabuły nigdy nie pamiętam, szczegóły zawsze. Nie widzę lasu, widzę drzewa.
Co ciekawe - źle sobie radzę z zapamiętywaniem imion i nazwisk bohaterów i autorów. Kiedyś wypaliłam, że czytam książkę Bruce'a Willisa, a czytałam... Bruce'a Chatwina. Wśród moich znajomych legendy o tym krążą. ;)
Mam problem z twarzami też - zapamiętuję tylko sąsiadów, którzy mają psy, innych jakoś nie mogę, więc jak kogoś spotykam na osiedlu, to mówię dzień dobry każdemu NA WSZELKI WYPADEK. ;)"

Beata opisała mi, jak synuś je. No cóż, jakbym o sobie czytała. :)
Mail do Beaty:
"Buahahahahaha! Miałam IDENTYCZNIE!!!! Dobiję Cię: wiele mi z tego zostało. 
Nie, nie jem mięsa, udaje mi się przemycić piersi kurczaka albo salami (tylko jeden rodzaj), albo parówki, ale takie z PRLu, już takich nie ma. :P
Jeśli jedzenie składa się z różnych rzeczy, to NIE MOGĄ się stykać na talerzu. Nie daj boże, jak ziemniaki zamiękną od sosu spod surówki czy coś - rzyg tam, gdzie siedzę.
Najlepiej wchodzą mi sałatki, surówki, wszelkie warzywne paciaje w sensie warzywa duszone z ryżem itp. 
Zupy - bleh. Jeśli już, to tylko nieliczne i PRZECEDZONE!!! W zupie NIE MA PRAWA nic pływać, poza kluskami lub ziemniakami.
Jem przy komputerze. Oczywiście. Albo wcale.
W szkole - nie jadłam w ogóle, poza krótkim okresem w V klasie, kiedy zabierałam do szkoły (obrane!!) marchewki lub kanapkę ze szczypiorkiem.
Chleb musi być świeży, "wczorajszego" nie zjem. Więc mrożę. Skórka kiedyś musiała być odkrojona, teraz przeciwnie, skórkę lubię wyjadać, a środek zostawiać.
Żadnego czosnku - rzyg do dziś.
Kanapki muszą być dwie, nawet jeśli aż dwóch nie zjem. To nie dotyczy macy, której musi być więcej, ale koniecznie parzyście.
Byłam niejadkiem, więc matka karmiła mnie przez sen. Efekt taki, że śpię, nie śpiąc - czyli niby śpię, ale WSZYSTKO przez sen słyszę. I boję się, że ktoś będzie chciał, żebym coś jadła.
I nie powiem Ci, co muszę zabierać ze sobą, jak wyjeżdżam. Wyobraź sobie, że do tego jeszcze mam eds i nawet w szpitalach nie mają dla mnie diety.
O".

:)

Moja matka nie miała ze mną lekko. Być może nawet bym jej współczuła, gdyby nie robiła mi krzywdy.

4 komentarze:

  1. Czytając twojego bloga można zauważyć potężną ilość niespójności. EDS swoją drogą.
    "Przeżywam ataki lęku, kiedy muszę wyjść rano z psem - często idę w piżamie i bez skarpetek, nieważne, że akurat jest 14 stopni mrozu (ale sądzę, że to bardziej wynika czasem z depresji a czasem z eds)."
    Sama przecież pisałaś że depresje wywołuje EDS. Czy porostu tłumaczysz sobie swoje fanaberie chorobą która akurat jest pod ręką?

    "Kontakt telefoniczny to xanax. Kolejny. I kolejny, i kolejny, i kolejny... Każdy telefon matki - xanax." Czy tak częste stosowanie leków nie wpływa na twoją psychikę oraz postrzeganie rzeczywistości?

    "Wyobraźni nie miałam i nie mam. Wszystkie moje zdolności są odtwórcze." Czyli kartki Świąteczne również są pracą odtwórczą? A blog "(P)otworki" na których są "Scrapy" oraz zdjęcia artystyczne również jest blogiem odtwórczym?

    OdpowiedzUsuń
  2. W EDS nie ma miejsca na fanaberie, niestety. Różne objawy mogą wynikać z depresji, a mogą wynikać z zupełnie innych edesowskich powodów. W EDS nakłada się wiele objawów i często nie da się powiedzieć, co jest objawem czego i co z czego wynika. To wynika również z bloga, bo i o tym pisałam.

    O xanaksie też pisałam. Na szczęście nie muszę przyjmować leków, które wpływają na postrzeganie rzeczywistości. Postrzeganie rzeczywistości zmienia depresja, ale jeszcze nie wynaleziono na nią leków niestety.
    Poza tym odstawiam zawsze leki, które mają skutki uboczne.

    O scrapach też pisałam wielokrotnie. Oczywiście, że są odtwórcze. Kolorowanki również. Zdjęć artystycznych w ogóle nie robię. Fotografuję zastaną rzeczywistość i jej potem nie przetwarzam.

    OdpowiedzUsuń
  3. zabieram ten wpis do siebie - dużo wyjaśnia

    OdpowiedzUsuń