sobota, 31 stycznia 2015

Linki

Structural brain abnormalities in postural tachycardia syndrome: A VBM-DARTEL study

Headaches in EDS

Connection Between Reynaud's and Fibromyalgia

Wheelchairs of the Future

Eksperci: pojęcia "inwalida", "kaleka" powinny zniknąć z języka publicznego

10 Symptoms of Asperger’s Syndrome: Know the Signs

A jednak szkodzą, także biernym palaczom? WHO o e-papierosach (mówiłam od samego początku, że ta para powoduje zamknięcie światła krtani, to mi nikt nie wierzył...)

16 problemów, które zrozumie każdy, kto nienawidzi rozmawiać przez telefon (aspie nie może, nawet gdyby chciał, ale odczucia są właśnie takie jak tu piszą :))

Eksperci: pojęcia "inwalida", "kaleka" powinny zniknąć (jeśli nawet w konstytucji piszą bez szacunku o ON, to trudno się tego szacunku domagać od społeczeństwa...)

Narcoleptic Woman Accidentally Films Herself Having an Attack — Captures Chilling Footage (Widziałam to już kiedyś. Niestety w 6a tak nie ma. Nie da się walczyć z narko i nie można tak co chwilę wstawać. Jak nadchodzi atak, to nadchodzi i nie można go uniknąć - moje ciao wtedy zasypia, ja najczęściej nie. Leżę/siedzę jak kłoda w miejscu, które sobie znalazłam (jeśli nie zdążyłam, to na ulicy) i mam świadomość, col się wokół dzieje, ale nie mogę się ani poruszyć, ani dać znać. Trwa to dłuższą chwilę - kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Gdybym mogła z tym walczyć jak na filmiku, ludzie wokół mogliby to zauważyć i pomóc, odprowadzić na bezpieczną ławkę czy coś. Ale nie mogę, więc uważają mnie za pijaczkę. I tak mam farta, że czuję wcześniej, że atak nadchodzi i na ogół zdążam znaleźć miejsce do siedzenia).

The brain and nervous system in fibromyalgia

The Connetion between fibromyalgia and Endometriosis


Sąd łaskawie pozwala, by samorząd lekarski potępiał homeopatię

Design dla seniora - przedmioty, które ułatwią życie starszym (dyskryminują ze względu na wiek (jakby tylko seniorzy byli niepełnosprawni), ale niektóre rzeczy fajne. Np. to coś do przewożenia kubków (u mnie goście gorące kubki muszą nosić sobie sami) albo dzbanek (moja podstawka fajna, ale wielka). Albo laska, która nie upada - co bym dała, żeby mi kula nie upadała! Nikt jeszcze czegoś takiego nie wymyślił)

Dziesięć minut wcześniej wszystko było w porządku… (o samobójstwach)

How you can help someone who has Chronic Pain and Fatigue (bardzo dobry, zwarty tekst - polecam!)

Jak leczyć ból





sobota, 24 stycznia 2015

Likwidacja bloga czy Blog Roku

Dlaczego w ogóle się publicznie zastanawiam, co zrobić z tym blogiem?

Miałam w życiu ok. 11 blogów. Tyle naliczyłam, możliwe, że było więcej. Większość przed uaktywnieniem się na fb; jeden już w erze fb, ale za bardzo się z nim nie wyrywałam (mam go zresztą nadal). Kiedy mi się nudziły (a wcześniej czy później los ten spotkał każdy z tych blogów), po prostu je likwidowałam bez słowa i bez zastanawiania się nad tym, a już na pewno bez pisania notek na ten temat i angażowania w to ewentualnych czytelników. Dlaczego? Bo te blogi nie były dla mnie aż tak istotne, żeby się nad nimi roztkliwiać - ot, pisałam sobie a to recenzje, a to notki z życia wzięte, a to wrzucałam zdjęcia. Raz szerzej rozpuściłam wici o blogu, bo wyprowadziłam się do Krakowa i jedyny kontakt ze znajomymi miałam przez tepsiany modem i maile raz dziennie, więc założyłam bloga, żeby dawać znak życia i zależało mi, żeby znajomi wiedzieli, że mnie szlag nie trafił.

Ten blog jest inny. Kiedy go zakładałam, był jedynym źródłem wiedzy o eds6a w Polsce i tak jest nadal. Tagi systematyzują całą wiedzę o 6a, jaka istnieje w bazach medycznych, bo zawiera również artykuły anglojęzyczne. Chyba nie skłamię, jeśli napiszę, że nie ma nigdzie indziej miejsca, gdzie ta wiedza zebrana byłaby w jednym miejscu.

Więc zlikwidowałabym bloga...ALE! Co będzie, jak znajdę jakąś nową informację? Komu ją przekażę? Co z nią zrobię? Kilka dni temu ktoś mnie poprosił o link do portalu, gdzie mógłby znaleźć info o 6a. Cóż, ten "portal" to właśnie ten blog. Nie ma innego miejsca. Więc nie zlikwiduję bloga, co najwyżej przestanę dodawać nowe posty.

BTW, ten blog jest źródłem wiedzy także dla mnie samej. Bo co prawda wszystkie linki mam w zakładkach przeglądarki, ale tutaj są usystematyzowane tagami. A od pewnego czasu już wiem, że demencja postępuje dużo szybciej, niż myślałam. Co i rusz znajduję na własnym blogu notki, których nie rozpoznaję, i nie mogę się nadziwić, że to wszystko kiedyś wiedziałam. Już nie wiem. Także dlatego nie ma sensu mnie pytać o szczegóły - ja już nie wiem tego, co znajdziecie na blogu. 

Rozumiem, że można nie wiedzieć, co napisać. Że można nie chcieć nic pisać. Rozumiem, bo przecież sama tak mam - zajrzyjcie pod poprzednią notkę - wszystkie komentarze zostały bez mojej odpowiedzi, bo chociaż chciałabym umieć na nie odpowiedzieć, to nie umiem. Nie wiem jak. Nie potrafię. Nie mam siły. Nie mam mocy - tak się teraz ładnie mówi. Żałuję, że na blogspocie nie ma opcji lajkowania. Ale ta opcja jest na fb, na fan page'u. Lajkujcie, proszę. To bzdura, że facebookowy like znaczy, że się coś lubi. On znaczy wiele rzeczy, m. in. "dziękuję, że dałaś znać", "przeczytałem", "byłem tu" i milion innych. A autor(ka) tekstu przynajmniej wie, że nie pisze do ściany. To ważne. Lajkujcie, proszę.

A ja dalej pomyślę, czy może i w tym roku nie zgłosić bloga do Bloga Roku.


czwartek, 22 stycznia 2015

Nikogo to nie obchodzi

Na fb dyskusje (widzę kilka) o nieuczciwych praktykach w konkursie na Bloga Roku - nikt mnie nawet nie zapytał, czy w tym roku też zamierzam wziąć udział - bo nikogo to nie obchodzi, przecież nawet nie mam czytelników, nawet znajomi mają w nosie 6a.

Nikt nigdy nie skomentuje postów, bo nikt nigdy nie będzie miał tak samo, ani nawet podobnie, i nie mogę nawet na to czekać. Właściwie blogowe posty - i tak wyraźnie to widać - to jedyne moje posty tak dokładnie i skrupulatnie ignorowane na moim profilu. 

Co jakiś czas mam dość i myślę, żeby przestać prowadzić bloga i fan page. Kiedy o tym wreszcie napisałam, znowu nikt tego nie zauważył. Regularnie nikt nie zauważa przecież, kiedy jest gorzej, nawet kiedy piszę o tym wprost. O, przepraszam, może zauważa, może nawet przeżywa huragany wewnętrzne, ale ja nie jestem jasnowidzem - jestem aspie.

Inni blogerzy mają luksus, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto ma to samo schorzenie albo dziecko z tym samym schorzeniem, więc nie są sami, mają z kim pogadać, skonsultować się, mają od kogo czerpać siłę i wsparcie - i ze wzajemnością. Ja nie mam. I to najciekawsze, bo zdrowi, którzy mają więcej siły i mogliby więcej wsparcia udzielić - uchylają się. Nie mam zamiaru ich zmuszać, bo to nie na tym polega, dziwię się po prostu. Z kolei zdrowi, dla których jeden objaw EDS jest całą chorobą, też milczą - bo w poszczególne objawy nie wnikam, zwłaszcza w lekkie albo takie, których w 6a nie można leczyć, więc nie ma o czym rozmawiać. Problem może polega na tym, że ja właściwie nie chcę rozmawiać o chorobie. Tzn. owszem, chciałabym, ale z kimś, kto powie mi coś, czego nie ma na tym blogu, czyli coś, czego nie wiem

Nie mam już misji uzdrawiania, bo nie wierzę, że to ma sens, że zjawi się tu kiedyś ktoś z niezdiagnozowanym 6a. Owszem, dotarła do mnie matka z dzieckiem z 6a i udało mi się wyciągnąć dzieciaka z łap neurochirurgów, którzy chcieli mu operować tylko fragment kręgosłupa (w 6a można jedynie stabilizować cały) i ocalić go, ale dotarła do mnie przez grupę EDS, przez prywatne konto na fb, nawet nie przez fan page. Szóstki w moim wieku już raczej nie rozmawiają z obcymi, rezerwują swój czas dla przyjaciół, a ja się z żadną nie zdążyłam zaprzyjaźnić. Więc cóż? Ja już to wszystko, co na blogu, wiem. Swoim lekarzom zawsze mogę link podać. Nie mam misji. Zwłaszcza że medycyna nie wynalazła na razie nic nowego, a wszystko, co wynalazła do tej pory, znajduje się na blogu. Owszem, świadomość szerzyć chcę, ale nie mam misji i nie chcę tego robić z narażeniem życia, a tak teraz wygląda np. odbieranie wiadomości na fan page'u - puls wylatuje w kosmos i grozi pęknięciem serca/tętnicy (jak wielokrotnie pisałam, to główna przyczyna śmierci w 6a). Skoro puls ma już wylatywać w kosmos, to niech rzecz będzie tego warta - niech wylatuje w kosmos na wieść o cudownym leku leczącym 6a albo na wieść o wygranej w Totka, a nie na widok wiadomości od hipochondryka, któremu się wydaje, że ma 6a, a nie ma nawet eds3. Słowa mogą zabić - czasami dosłownie!

6a jest typem kompletnie różnym od pozostałych; tak różnym, że nie ma z nimi nic wspólnego. Nie ma wspólnego leczenia. Na ogół leczenie stosowane w innych typach jest zagrażające w 6a. Do przetwarzania większości leków niezbędna jest hydroksylizyna, i to nie tylko leków psychiatrycznych. To dlatego w 6a nie da się leczyć choroby Hashimoto, niedoczynności tarczycy czy zwyczajnej miesiączki, które w innych typach leczy się jak u zdrowych kobiet. 6a powinno się w zasadzie inaczej nazywać, nawet problemy z kolagenem nie są przyczyną choroby, tylko jej objawem. Jedyną przyczyną choroby są problemy z hydroksylazą lizylową i prolinową, nie z kolagenem! Więc czy to w ogóle jest kolagenoza? W 6a kolagenoza jest objawem, samo 6a nie jest kolagenozą, sama choroba w orzeczeniu powinna być oznaczana jako "zaburzenia enzymu". W końcu: 6a ma przesunięte normy i nie wszyscy wiedzą, które w którą stronę - nie można ich na siłę dopasować do norm u zdrowych. 


***
Jest dużo gorzej. Od miesięcy obserwuję równomierny zjazd i nasilenie wszystkich objawów. I może to kogoś zdziwi, ale najgorszy nie jest ból tym razem, najgorszy jest brak sił. Nie mam sił, żeby wstać, ubrać się, umyć, wyjść z domu. Nie mam sił, żeby oddychać. Nie jem, bo nie mam sił przełykać, a gotowanie już całkiem wypadło z marzeń. Tracę fizjoterapię, bo nie mam sił, żeby dojechać. Nie robię nawet nowych kartek, bo nie mam sił.

Właściwie nie mam już sił zupełnie na nic (i proszę, nauczcie się czytać po aspergerowsku - dosłownie), więc jedyne, co mogę, to słuchać ebooków na Ivonie. Kiedy Ivona się wyłożyła, naprawdę niewiele brakowało, żebym wyszła przez okno. Mogę spokojnie powiedzieć, że Kocio uratował mi życie, uruchamiając Ivonę na nowo. 


***
Obiecałam kilka notek o ZA, ale nie umiem pisać na zawołanie. I motywacji mi brak, bo ZA to nie jest wielki problem w 6a. Prawdę mówiąc, ZA w 6a to problem żaden. Życzyłabym sobie mieć tylko takie "problemy". 

Kilka dni temu pojawił się na fb taki mem:

Napisałam wtedy tak: "Oczywiście, że tak mówię! Nie tylko dlatego, że rak jest w 6a tylko objawem (i to nie najgorszym), ale też dlatego, że raka się leczy, w przeciwieństwie do wielu ciężkich chorób, które się ma przez całe życie, a które są nieuleczalne. Poza tym doszłam ostatnio do wniosku, że w 6a to nie objawy są problemem, ale to, że występują wszystkie jednocześnie i wzajemnie się nasilają, a także to, że albo nie ma na nie leków działających w 6a, albo te leki są śmiertelnym zagrożeniem. Samo SM, sam rak, sam toczeń, samo RZS, sama migrena, sama neuralgia, sama PNŻ, sama niedoczynność tarczycy, guz przysadki, Hashimoto, zespół Sjogrena, Aspergera, cukrzyca, dysautonomia, kifoskolioza, costochondritis, niewydolność wielonarządowa, gastropareza, padaczka, fibromialgia, anemia, niedożywienie, depresja itd. itp. nie są problematyczne ani straszne. Stają się takie dopiero wtedy, kiedy występują JEDNOCZEŚNIE, towarzyszy im deficyt hydroksylazy lizylowej i prolinowej i nie można ich leczyć. Warto, żeby ludzie zdali sobie z tego sprawę".

To właśnie jest istota 6a: problematyczne jest dopiero wszystko razem z deficytem hydroksylizyny i hydroksyproliny. Pojedynczo czy nawet w kombinacji, ale bez tego deficytu - problemu nie ma. O czymś takim marzy każda szóstka i tego jej marzenia nie rozumie nikt poza innymi szóstkami. A wystarczyłoby stanąć z boku i pomyśleć, jasno, spokojnie, bez emocjonowania się, pomyśleć tak jak aspie.

Tylko przecież wszyscy zaraz się chcą licytować - zabawne, że akurat ci, którzy nie mają czym - i mają pretensje do tych, którzy mają gorzej. Ale zamienić by się nie chcieli. I boją się też tego, czego szóstki. A szóstki nie boją się innych schorzeń - bo to tylko kolejne objawy; boją się tylko jednego - większego zaawansowania choroby. Bo kto ma gorzej od szóstki? Tylko bardziej zaawansowana szóstka. Taka jest prawda, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie. 

Ale przecież nikogo to nie obchodzi.



niedziela, 11 stycznia 2015

Dawno nie było zdjęć

Dawno nie było zdjęć, więc poniżej kilka - wszystkie by Kocio, który najpierw odwiedził mnie bez okazji, a kilka dni później - szczęście komputerowe nie mogło trwać zbyt długo - przyszedł do pacjenta.











piątek, 2 stycznia 2015

W XXI wieku...

Rok zaczyna się dość marnie, choć miałam nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego. Poszłam się zapisać do mojej Doktor, której nie było 2 miesiące, i dowiedziałam się, że... nie będzie już przyjmować pacjentów. W ogóle. Panie w rejestracji nie wiedziały, kto teraz będzie się zajmował pacjentami przewlekłymi, więc nikogo mi nie poleciły. Całe szczęście, że Doktor odpisała mi na maila i poleciła kogoś.

A tu kończą mi się leki, i to dość szybko. Raz, że 2 dni po skończeniu antybiotyku nasilił się znowu problem z zatokami (migreny, neuralgie - skończył się też topiramat), zamiast wrócić do takiego poziomu bólu jak przed leczeniem, jest znowu gorzej. Dwa, brak zwykłego bisocardu oznacza puls 150 w stanie spoczynku - przy ruchu i zdenerwowaniu puls oczywiście rośnie. Okazało się też, że valsacor nie działa w ogóle - mimo podwojenia, a potem potrojenia dawki, puls się nie zmienił, więc nie wiem, czy jest sens go w ogóle brać.

Właściwie powinnam odwiedzić wszystkich swoich specjalistów, bo większość leków powinnam zmienić. Wszystkie, poza HTZ właściwie... A tu od początku roku problemy z zapisami.

Do anestezjolog, u której nie byłam zdecydowanie zbyt długo, zapisał mnie kocio. W IR nikt nigdy nie odbiera telefonu, ale zawsze odpisywano na maile, niestety, od paru miesięcy odpisywać też przestali. Bez podania przyczyny. Jak bym się zapisała, gdyby kocio akurat nie mieszkał niedaleko IR? Nie wyobrażam sobie.

Podobnie zaczyna być z moją przychodnią. Telefonicznie zapisać się nie da - system ignoruje, kiedy wciskam 1 lub 2, zależnie czego wymaga automat. Powtarza mi w kółko formułkę, żebym wcisnęła 1, jeśli... i tak dalej. Mimo że wcisnęłam. Kilkakrotnie. Mailem też się nie można zapisać - na stronie przychodni nie znalazłam w ogóle maila do rejestracji, tylko do dyrektor placówki (mam jej głowę zawracać?). Nie mogę się też zapisać online, bo doktor, do której chcę się zapisać, nie ma w ogóle w grafiku. Czy naprawdę wszędzie trzeba iść osobiście? W XXI wieku?! Przecież to nie sklepy, to szpitale i przychodnie dla ciężko chorych ludzi, nie dla zdrowych!

A jeśli ktoś nie ma kocia, który osobiście pójdzie do szpitala, ani Oli, która wydzwania, usiłując wcisnąć jedynkę?


poniedziałek, 29 grudnia 2014

MyszONka

Od dawna nosiłam się z zamiarem wymiany myszki. To, że się zepsuła, pomogło mi podjąć decyzję. Nie zdecydowałam się jednak na pionową, chociaż mi się marzy. Przestraszyłam się, że to jednak za duży skok, a jak się nie przyzwyczaję, to nie mam do czego wracać, bo nie mam żadnej działającej myszki. ;) Zdecydowałam się na jedną z myszek polecanych w EDS, w Amazonie jest akurat na nią promocja (19,99 zamiast 49,99 dolarów) - Anker® 2.4G.



Pierwsza obserwacja - ręka nie leży w pozycji, która najbardziej boli: nie ma ucisku na nadgarstek, na ścięgna i nerwy po wewnętrznej stronie ręki, które bolą nieustannie. Nie ma też ucisku na nadżerkę w nadgarstku, bo ten leży na krawędzi, prawie w swojej naturalnej pozycji. Prawie, bo po położeniu dłoni na myszce ręka lekko skręca się w lewo.

Dłoń sama trzyma się myszki, nie wymaga to napinania żadnych mięśni czy ścięgien. Niestety używanie lewego klawisza i rolki wymaga napinania dokładnie tego ścięgna, które jest w najgorszym stanie, boli najbardziej i szarpie jeden z nerwów - to ścięgno biegnące od palca wskazującego. Zupełnie nie wiem, jak uniknąć używania ścięgien biegnących od palców wskazującego, środkowego i serdecznego - one szarpią nerwy przy każdym najmniejszym ruchu, a ból jest nieprawdopodobny. Może ortezy pomogą, ale idą do mnie od niemal miesiąca... Co prawda rolowanie bokiem przeciąża ścięgno jakby nieco mniej niż rolowanie od góry (wnioskuję po mniejszym bólu). 

Kciuk ma wygodną pozycję, nie o(d)pada.  

Myszka wpasowuje się w zagłębienie w dłoni między kciukiem a palcem wskazującym - trzeba znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce, można wtedy rozluźnić mięśnie. 

Ogólnie rzecz biorąc, nie ulega wątpliwości, że jest wygodniejsza i mniej bolesna niż jakakolwiek myszka, jaką miałam wcześniej, stąd jest to duża ulga; ale jednak nie jest to myszka dla edesiaka. Ktoś, kto ją wybierał, nie pomyślał o najważniejszym - o ścięgnach i nerwach szarpanych przez te ścięgna, a to właśnie one sprawiają, że potrzeba specjalnej myszki w ogóle istnieje. Myszka dla edesiaka musiałaby działać tak, żeby ścięgna biegnące od palców nie były przeciążane i nie szarpały nerwów, a robią to samym swoim ruchem, więc ich ruch musiałby być maksymalnie ograniczony. Żadnego naciskania i rolowania więc - to umiałoby być rozwiązane inaczej. Zna ktoś taką myszkę?








niedziela, 28 grudnia 2014

Obwody neuronalne

W naszym mózgu istnieją ewolucyjnie ukształtowane obwody neuronalne, które pozwalają nam dobrze sobie radzić w kontekście społecznym. Już jako niemowlęta dokonujemy ocen i wyborów oraz podejmujemy zachowania na podstawie działań innych ludzi. Wolimy tych, którzy są pomocni, a przynajmniej neutralni, od osób, które nam przeszkadzają. Rozumiemy, kiedy nasi bliźni potrzebują pomocy, i altruistycznie im pomagamy. Rozbudowany system neuronów lustrzanych pozwala nam rozumieć intencje i emocje innych; na podstawie tych informacji nasz moduł interpretujący tworzy teorie na temat innych ludzi. Moduł ten służy nam również do wymyślania historii o nas samych. 

/Michael Gazzaniga, "Kto tu rządzi"/


To zapewne te obwody, których natura poskąpiła Aspergerom. I zapewne nie chodzi tylko o wymyślanie historii , ale o wymyślanie CZEGOKOLWIEK: melodii, obrazów, fabuł, kartek scrapowych też, jakżeby inaczej. To dlatego potrzebujemy wzoru do naśladowania, tak w sytuacjach społecznych, jak i w robieniu kartek. To dlatego nasze talenty są odtwórcze. Cudownie gramy, ale nie komponujemy. Cudownie piszemy, ale tylko historie z życia wzięte. Cudownie rysujemy, ale tylko to, do czego da się przyłożyć siatkę. 

No cóż, nie jesteśmy jasnowidzami, nie wymyślimy motywu kartki, tak? No właśnie. :>



środa, 24 grudnia 2014

Facebook a ZA

Facebook, okno na świat dla kogoś z EDS, niezbędna część życia, ten obszar życia, który umożliwia funkcjonowanie, bo ogranicza zbyt duży, zbyt mocno przebodźcowujący i obszerny świat Internetu do niewielkiego miejsca, gdzie zbiega się wszystko - kontakt z ludźmi, informacje z kraju i ze świata, wiadomości z wydawnictw, nowości książkowe, wiadomości scrapowe, rozwijanie zainteresowań, info o szczurach i labach, kontakt ze sztuką i muzyką, informacje o EDS etc... etc... ad infinitum. Bo ja na facebooku mam wszystko, co mnie interesuje, i nie mam już potrzeby, żeby marnować czas na jakiekolwiek inne przeszukiwania Internetu.

Ten Facebook, sam w sobie, co jakiś czas jest źródłem przebodźcowania. Bo wszyscy ludzie, których lubię, w jednym miejscu to już przecież tłum. O dwie, trzy rozmowy za dużo - i mózg nie wytrzymuje. A nie daj borze (iglasty) przydarzy się rozmowa z kimś obcym. A może Facebook znowu się zepsuje.

Wczoraj znalazłam bardzo pouczającą notkę kogoś, kto na co dzień żyje z Aspergerem. Nie będę tu opowiadać o tym, że badania Carter chyba jakieś przestarzałe są, bo osoby z ZA jednak w jakiejś części są zdolne nauczyć się zachowań społecznych oraz ich analizowania, i to w naszych czasach, kiedy podręczniki do psychologii społecznej są dostępne od lat dwutysięcznych co najmniej, dostęp do nich mają już dzieci, więc dziś już nastolatki z ZA radzą sobie całkiem nieźle z zachowaniami społecznymi, a dzisiejsi dorośli, ludzie w moim wieku, jeśli zechcą, mogą rzecz opanować naprawdę zadowalająco.

Chodzi mi o coś innego. Chodzi mi o to, że nawet jeśli opanujemy zachowania społeczne i nauczymy się je nieźle odgrywać w życiu społecznym, to i tak nasze mózgi bazują głównie na logice. I wśród innych ludzi każdy aspekt ich zachowania, każde ich słowo, każdy ich ruch, każde podrapanie się w czoło, każde zmrużenie oczu, każdą wyrażoną i niewyrażoną emocję nadal będziemy analizować na poziomie logiki.

Wyobrażacie sobie tę ilość danych wejściowych?!

A mózg to przecież nie komputer, nie ma chłodzenia, nie można zdjąć obudowy, nie można go wyłączyć, więc...?

"Jeśli sam partner z ZA lub ktoś zaangażowany w tę sytuację nie zauważy stanu alarmowego i nie zarządzi przerwy, mózg osoby z ZA osiąga punkt całkowitego przeładowania.
Mózg też stwierdzi, że jest zagrożony i w samoobronie spowoduje jedną z dwóch reakcji. Albo będzie to zachowanie agresywne, przemoc werbalna albo gwałtowne odejście - mózg się zamknął partner z ZA nie może dłużej uczestniczyć w bieżących wydarzeniach usuwa się na tak długo aż powróci kontrola nad myślami i analizowanie powróci do normy".


Dlaczego wspominam o tym w kontekście Facebooka? Bo należę do tego drugiego typu - mój mózg się zamyka, nie jestem już w stanie dłużej uczestniczyć w rozmowie, co powoduje "gwałtowne odejście" z Facebooka, z rozmowy, z kontaktu, z interakcji. Dokładnie tak to wygląda. 

Wspomniana "przemoc werbalna" to w zasadzie nie jest przemoc, to samoobrona. Aspie nie może już najczęściej dłużej udowadniać, że nie jest wielbłądem, bo do tego się to sprowadza. Zdarza się, że w ten sposób bronić się musi również osoba z "dziewczęcym" typem ZA, chociaż zachowania stricte agresywne to już domena ZA "chłopięcego", osoba wycofana nie stanie się nagle agresywna (chociaż mogę sobie wyobrazić, że przypiera się ją do muru). Używam określeń " chłopięcy", "dziewczęcy", bo to dotyczy głównie dzieci, osoba dorosła już jednak lepiej się kontroluje i te różnice się zacierają. 

Ludzie bardzo przebodźcowują. Nie znam nic innego, co przebodźcowywałoby aż tak bardzo. Kontakt z jakimkolwiek człowiekiem, nawet najbliższym, się potem mocno odchorowuje. Jeśli aspie musi z kimś stale mieszkać, to nawet nie umiem sobie wyobrazić, na jak wysokich obrotach musi stale żyć i jak to się musi odbijać na jego zdrowiu i życiu. O ile w ogóle jest w stanie funkcjonować - bo czy można mieć mózg stale zamknięty?



niedziela, 21 grudnia 2014

Przecież każdy ma coś

"Przecież każdy ma coś", słyszę często, kiedy mówię, że już mam dość. Dość EDS6a, dość tego, że rozpieprza mi życie. Dość tego, że się je traktuje jak inne podtypy albo wręcz jak jakąkolwiek inną chorobę i oczekuje, że ja też będę się zachowywać i funkcjonować jak z jakąkolwiek inną chorobą.

No pewnie, że każdy ma coś. Nie znam zdrowego. Każdy ma coś, tylko każdy z tym cosiem jakoś żyje, funkcjonuje, pracuje, rodzi dzieci, zakłada rodzinę, sprząta, uprawia hobby, ma życie prywatne, wychodzi z domu, każdy jakoś żyje. Każdy ma jakiś fragment normalnego życia. Każdy coś może wyszarpać dla siebie.

Każdy, nawet ktoś, kto jest roślinką. Każdy, nawet ktoś, kto ma tydzień życia przed sobą. Nawet ktoś, kto ma wściekle złośliwego raka - ma luksus, bo albo go wyleczą, albo umrze: tak czy siak, skończy się jego cierpienie. Jeśli ten Każdy nie jest roślinką - to już w ogóle luksus.

Więc o co mi chodzi?

Chodzi mi o to, że ja natychmiast i bez namysłu zamienię się z tak zwanym Każdym.
Ale żaden z tych tak zwanych Każdych nie zechce zamienić się za mną.

Właśnie o to mi chodzi.
Nie o licytowanie się, kto ma gorzej, tylko o realność, o rzeczywistość i o wybór, gdyby nam go dano.

A: A nie, to ja bym w życiu nie chciała.
Ja: Widzisz, a ja tak.
(rozmowa z A., która ma SMA, właśnie o tym; i takich rozmów przez całe życie prowadziłam dziesiątki, setki...)

Tak, wreszcie powiedziałam to głośno.

Dla kogoś z 6a istnieje tylko jeden Każdy, z jakim nie chciałby się zamienić - ktoś z 6a bardziej zaawansowanym. Taka jest prawda. I warto, żeby wreszcie społeczeństwo ją przyswoiło i obaliło stare, zmurszałe mity. Medycyna nie odkryła jeszcze niczego, czego osoba z 6a mogłaby bać się bardziej. Bo wszystko inne to tylko pojedyncze objawy.


piątek, 19 grudnia 2014

Czego mały aspie uczy się w szkole

Uwielbiam Temple Grandin, ale tym razem bzdury gada. Czego mały aspie uczy się w szkole? Ja to doskonale pamiętam, bo to jedna z największych traum z moim życiu. Otóż kontakt z neurotypowymi dziećmi w szkole podstawowej uczy:
- wrzeszczeć,
- biegać bez ładu i składu,
- bić innych,
- potrącać i dotykać innych bez ostrzeżenia,
- chaosu i bezsensu niezrozumiałego działania,
- ignorowania innych,
- sprawiania im niezasłużonego bólu,
- znęcania się nad innymi,
- bullyingu,
- tego, że każdy kontakt z innymi powoduje skrajne przebodźcowanie,
- że nie niesie za sobą niczego pozytywnego,
- że nie można się niczego w obecności innych uczyć, bo inni robią wszystko, żeby się uczyć nie dało,
- gadania na lekcjach,
- wydawania miliona różnych głośnych dekoncentrujących dźwięków,
- walenia różnymi przedmiotami o siebie,
- strachu, że któreś z dziesiątek tych dzieci zaraz coś zrobi, coś, co będzie zbyt głośne/zbyt bolesne/zbyt jaskrawe/zbyt migające/whatever,
- negatywnych, niezrozumiałych (bo przecież nikt nie tłumaczy) emocji,
- tego, że reakcje innych są niezrozumiałe (znowu: nikt nie tłumaczy, dlaczego tak reaguje, a reaguje nielogicznie*),
- tego, że trzeba równać w dół,
- że nie ma żadnych szans na szacunek, na bycie lubianym, akceptowanym, że można być w najlepszym razie zignorowanym i odizolowanym,
- że co? że przyjaciele? zapomnij! w szkole ich się nie znajduje!

Nade mną się nie znęcano - byłam wycofana, nie zadzierałam, nie dawałam powodów. Ale się napatrzyłam. To wystarczyło. Dla mnie szkoła podstawowa to miejsce kaźni. Obóz koncentracyjny. Nigdy nie posłałabym tam dziecka z ZA, a już na pewno nie w celu nauczenia się zachowań społecznych, bo nauczyć to się tam może jedynie zachowań psychopatycznych, nawet jeśli wcześniej predyspozycji nie miało.

Zawsze będę polecać nauczanie indywidualne. Do szkoły dopiero w liceum. A do tego czasu studiowanie podręczników. Teraz one są w ilościach ogromnych. Za moich czasów pojawiły się dopiero na studiach, więc swój przełom przeżyłam dopiero wtedy. Studia są dla aspiego miejscem wymarzonym - wybiera się to, co nas interesuje, pogłębia się wiedzę aż do absurdu, można zostać wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, a do tego czasu można przetrwać na nauczaniu indywidualnym, studiując pilnie podręczniki do psychologii społecznej i klinicznej i uczęszczając na terapię - najlepiej na grupę otwarcia. Wbrew pozorom to wcale nie chroni przez światem ani przed zachowaniami złymi. Wręcz przeciwnie - uczy ich bardzo dokładnie. Ale dziecku to potrzebne nie jest. To jest potrzebne w życiu, nie w zabawie, a aspie i tak najlepiej bawi się sam.

Taka była szkoła 30 lat temu. Trzeba zdać sobie sprawę, że teraz jest dużo gorzej, bo agresję usprawiedliwia się rozmaitymi papierkami (na ogół fałszywymi), które - nawet jeśli prawdziwe - nigdy jej usprawiedliwiać nie powinny. Gdyby dziecko z ZA mogło się uczyć w normalnych warunkach, nie tylko rozwijałoby się dużo lepiej, ale jeszcze służyłoby pomocą innym dzieciom. Dziecko z ZA, pozbawione przebodźcowania, można spokojnie posadzić np. w ławce z dzieckiem niewidomym; dogadają się znakomicie, mają równie wyostrzone zmysły, a dziecko niewidome nauczone jest prosić o pomoc, więc dziecko z ZA nie musiałoby być jasnowidzem. I to mogłoby się odbywać w normalnej szkole! Wystarczyłoby wprowadzić normalne zasady i je egzekwować - jak w życiu.




*Tu wyjaśnienie. Pamiętam co najmniej 2 niejasne sytuacje z dzieciństwa, z wczesnej podstawówki. W zerówce siedział przede mną chłopak, którego nie pamiętam, ale pamiętam jego tyłek, który notorycznie do mnie wypinał, co mnie irytowało. Powiedziałam w końcu, że jeśli jeszcze raz wypnie do mnie tyłek, to mu dżinsy pomażę długopisem. "To pomaż", odpowiedział. No to pomazałam. Sam chciał, pamiętam do dziś, że DAŁ MI PRZYZWOLENIE, a nawet nie przyzwolenie, to był imperatyw, czyli tryb rozkazujący! Wypełniłam więc jego rozkaz. A potem nagle wybuchła awantura, że to ja jestem niegrzeczna, jak ja mogłam pomazać koledze spodnie, kara się należy. Jak może należeć się kara za wypełnienie nie tyle prośby, o rozkazu?!

Druga podobna sytuacja. Jakaś dziewczyna na podwórku wyzywała mnie. Powiedziałam, że jak mnie będzie nadal wyzywać, to uderzę ją drutem. "To uderz", znowu imperatyw, rozkaz, znowu ktoś CHCE być uderzony, CHCE, żebym to zrobiła. Więc zrobiłam. I znowu awantura i pretensje do mnie o to, że wypełniam czyjś rozkaz, czyjąś WYRAŹNĄ PROŚBĘ.

Właśnie tego uczy szkoła - jeśli robisz coś, co ktoś ci każe, o co cię prosi, ponosisz karę. Nie dowiedziałam się nigdy, o co były te pretensje. I nie wiem, czy chcę wiedzieć. Bo wychodzę z założenia, że to ten ktoś, a nie ja, ma wiedzieć, co jest dla niego dobre. I jeśli mnie o coś prosi, a ja mogę to zrobić, to robię, nie zastanawiając się nad dziwnością prośby (oczywiście pod warunkiem, że nikogo trzeciego nie krzywdzi itd.). Jeśli ktoś uważa, że jemu do szczęścia jest niezbędna nowa książka, chociaż ma w domu książki poukładane w stosach pod sufit jak Maria Janion, to mu kupuję tę książkę, a nie nową firankę, i nie upieram się, że wiem lepiej, że bardziej mu potrzeba nowej zasłonki, bo ma brzydkie okno. Proste. Więc nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby mi potem robić awanturę o tę książkę.